Jiddu Krishnamurti: życie i nauczanie

nauczanie | życie | bibliografia | różności | linki

DZIENNIK KRISHNAMURTIEGO

przełożył Wojciech Sady

Krishnamurti's Journal, Victor Gollancz 1982

© Krishnamurti Foundation Trust Ltd

PRZEDMOWA

We wrześniu 1973 r. Krishnamurti nagle zaczął pisać dziennik. Przez prawie sześć tygodni każdego dnia robił zapiski w notatniku. Pierwszy miesiąc spędził wówczas w Brockwood Park, Hampshire, a resztę czasu w Rzymie. Wrócił do pisania osiemnaście miesięcy później w Kalifornii.

Prawie każdy tekst zaczyna się od opisu jakiejś przyrodniczej scenerii, znanej mu bezpośrednio, ale tylko w trzech przypadkach te relacje odnoszą się do miejsca, w którym aktualnie przebywał. Tak więc na pierwszej stronie znajdujemy opis alei w parku w Brockwood, ale na drugiej Krishnamurti wyraźnie przenosi się w wyobraźni do Szwajcarii. I dopiero w trakcie pobytu w Kalifornii w 1975 r. znów opisuje swe aktualne otoczenie. Wszędzie gdzie indziej wspomina miejsca, w których żył, a czyni to z jasnością świadczącą o tym, jak żywe są jego wspomnienia dotyczące przyrodniczych scenerii, wywołane intensywnością obserwacji. Ten dziennik ukazuje również, do jakiego stopnia jego nauczanie inspirowane jest bezpośrednim związkiem z przyrodą.

W całym tekście Krishnamurti odnosi się do siebie w trzeciej osobie, a przy okazji mówi o sobie coś, czego wcześniej nie mówił.

 Mary Lutyens

[Całość składa się z 46 fragmentów, które będą pojawiać się sukcesywnie na tej stronie. W.S.]

BROCKWOOD PARK, HAMPSHIRE

14 września 1973

Owego dnia, wracając z długiej przechadzki wśród pól i drzew, przeszliśmy aleją w pobliżu dużego, białego domu. Wchodząc tam przez furtkę natychmiast odczuł intensywny spokój i bezruch. Nawet listek nie drgnął. Wydawało się, że przechodzić tą aleją, stąpać po ziemi, jest świętokradztwem; profanacją było mówić, oddychać nawet. Wielkie sekwoje trwały w absolutnym bezruchu; północnoamerykańscy Indianie nazywają je drzewami milczącymi i teraz one naprawdę milczały. Nawet pies nie polował na króliki. Stałeś bez ruchu ledwie śmiejąc oddychać; czułeś się intruzem, gdyż wcześniej gadałeś i śmiałeś się, a wejście w tę aleję bez wiedzy, co się tam kryje, było niespodzianką i szokiem, szokiem nieoczekiwanego błogosławieństwa. Serce biło wolniej, oniemiałe z zachwytu. Było to centrum całego tego miejsca. Za każdym razem, gdy wchodzisz tam teraz, panuje to piękno, ten bezruch, ten dziwny bezruch. Przyjdź kiedy zechcesz, a to tam będzie, pełne, bogate i nienazywalne.

Żadna forma świadomej medytacji nie jest medytacją rzeczywistą: być nią nie może. Rozmyślna próba, by medytować, nie jest medytacją. Ona musi się przydarzyć, nie można jej przywołać. Medytacja nie jest grą czy to umysłu, czy pragnienia i przyjemności. Uświadamiaj sobie jedynie to, co myślisz i co robisz, nic więcej. Widzenie, słyszenie jest działaniem, bez lęku i kary. Umiejętność postępowania polega na umiejętności widzenia, słyszenia. Każda forma medytacji prowadzi nieuchronnie do zakłamania, do złudzeń, gdyż pragnienie oślepia. Był to piękny wieczór, a łagodne światło wiosny otulało ziemię.

15 września 1973

Dobrze jest być samemu. Być z dala od tego świata, a jednak chodzić po jego ulicach, to być samemu. Być samemu idąc pod górę drogą wzdłuż rwącego, hałaśliwego górskiego strumienia, pełnego źródlanej wody i topniejącego śniegu, to uświadamiać sobie to rosnące na pustkowiu drzewo, samotne w swym pięknie. Samotność człowieka na ulicy jest bólem życia; on nigdy nie jest sam, oddalony, nietknięty i bezbronny. Rozległa wiedza podsyca nie kończącą się niedolę. Tym chodzącym po ulicach człowiekiem jest żądza ekspresji, z jej frustracjami i bólami; on nigdy nie jest sam. Smutek jest ruchem tej samotności.

Ten górski strumień był przepełniony topniejącym śniegiem i wczesnowiosennymi deszczami. Wielkie głazy pod naporem rwących wód wydawały głuche odgłosy. Wysoka, ponad pięćdziesięcioletnia sosna, zwaliła się w wodę, drogę zalewało. Błotnisty strumień miał kolor łupków. Na polach ponad nim rosło mnóstwo dzikich kwiatów. Powietrze było czyste, panował niepojęty urok. Na wysokich wzgórzach wciąż leżał śnieg, a świeży padał na lodowce i wielkie szczyty; będą one niezmiennie białe przez całe lato.

W ten piękny ranek mogłeś iść przed siebie nieprzerwanie, nie czując stromizny wzgórz. W powietrzu unosił się zapach, czysty i silny. Nikt tą ścieżką nie szedł, ani w górę ani w dół. Byłeś sam z tymi ciemnymi sosnami i rwącą wodą. Niebo tylko w górach bywa tak przedziwnie błękitne. Patrzyłeś na nie przez liście i wyniosłe sosny. Nie było nikogo, z kim można by porozmawiać, również umysł w kółko nie paplał. Czarno-biała sroka przeleciała i znikła w lesie. Ścieżka oddaliła się od hałaśliwego strumienia i zapanowała absolutna cisza. Nie cisza po ustaniu hałasu, nie ta cisza, która nastaje wraz z zachodem słońca. Nie cisza muzeów i kościołów, ale coś nie związanego z czasem i przestrzenią. Nie ta cisza, jaką umysł stwarza dla siebie. Słońce przypiekało, a cienie niosły ulgę.

Dopiero niedawno odkrył, że podczas tych długich spacerów, po zatłoczonych ulicach lub odludnych ścieżkach, nie pojawiała się ani jedna myśl. Od lat chłopięcych tak było, żadna myśl nie przedostawała się do jego umysłu. Patrzył i słuchał i nic więcej. Myśl, ze swymi skojarzeniami, nie powstawała. Nie tworzyły się wyobrażenia. Pewnego dnia nagle sobie uświadomił, jakie to niezwykłe; często próbował myśleć, ale żadna myśl nie przychodziła. W czasie tych spacerów, z ludźmi lub bez nich, nie następowały żadne poruszenia myśli. Oto co znaczy być samemu.

Ponad ośnieżonymi szczytami tworzyły się chmury, ciężkie i ciemne; zapewne później miało padać, ale teraz cienie były bardzo ostre, a słońce jasne i czyste. W powietrzu nadal unosiła się ta przyjemna woń, inny zapach miały przynieść deszcze. Do pensjonatu w dole było daleko.

18 września 1973

Jest to wciąż jedna z najpiękniejszych dolin. Otoczona ze wszystkich stron wzgórzami, pełna gajów pomarańczowych. Przed wielu laty wśród drzew i ogrodów stało tam ledwie kilka domów, teraz jednak jest ich o wiele więcej; drogi poszerzono, wzrósł ruch, wzmógł się hałas, szczególnie na zachodnim krańcu doliny. Ale wzgórza i wysokie szczyty pozostały takie same, nietknięte przez człowieka. W wysokie góry wiodą liczne ścieżki, po których chadzał bez końca. Spotykał niedźwiedzie, grzechotniki, jelenie, a pewnego razu rysia. Ryś stał przed nim, na schodzącej w dół ścieżce, mrucząc oraz ocierając się o skały i niskie pnie drzew. Powiew szedł ku górze, tak że mógł podejść dość blisko zwierzęcia. Ryś naprawdę się cieszył, zachwycony swym światem. Krótki ogon sterczał w górę, spiczaste uszy kierowały się do przodu, rdzawa sierść była jasna i czysta; zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że ktoś stoi jakieś sześć metrów za nim. Schodziliśmy szlakiem może kilometr, żaden z nas nie czynił najmniejszego hałasu. Było to naprawdę piękne zwierzę, pełne życia i gracji. Gdy doszliśmy do wąskiego strumienia, nie chcąc go przestraszyć wyszeptał łagodne pozdrowienie. Nie obejrzał się ani na moment, byłaby to strata czasu, ale odskoczył i znikł bez śladu w ciągu paru sekund. A jednak przez jakiś czas byliśmy przyjaciółmi.

Dolinę wypełnia zapach kwiatów pomarańczowych, który niemal przytłacza, zwłaszcza wczesnym rankiem i wieczorem. Czuło się go w pokoju, w dolinie i w każdym zakątku ziemi, a bóg kwiatów tę dolinę błogosławił. Latem bywało tam naprawdę gorąco, a to miało swą specyficzną własność. Przed wielu laty, gdy tu przybył, panowała cudowna atmosfera i w mniejszym stopniu panuje nadal. Ludzie ją psują, tak jak psują najwyraźniej większość rzeczy. Będzie taka, jak była. Kwiat może zwiędnąć i obumrzeć, ale znów ożyje wraz ze swym pięknem.

Czyś się kiedykolwiek zastanowił, dlaczego ludzie błądzą, ulegają zepsuciu, zachowują się nieprzyzwoicie - agresywnie, gwałtownie i przebiegle? Nie należy winić środowiska, kultury czy rodziców. Chcemy zrzucić odpowiedzialność za to zwyrodnienie na innych lub na jakieś wydarzenie. Wyjaśniania i przyczyny to łatwe wyjścia. Starożytni Hindusi nazwali to Karmą: zbierasz, coś posiał. Psycholodzy zrzucają cały problem na rodziców. To, co twierdzą tak zwani ludzie religijni, oparte jest na ich wierze i dogmacie. Pytanie jednak pozostaje.

Są też inni, z urodzenia szczodrzy, dobrzy, odpowiedzialni. Nie zmieniają ich środowisko czy jakieś naciski. Pozostają tacy sami na przekór całej tej wrzawie. Dlaczego?

Wszelkie wyjaśnienia niewiele znaczą. Każde wyjaśnienie jest ucieczką, unikiem przed rzeczywistością tego, co jest. A tylko to się liczy. To, co jest, można całkowicie przekształcić za pomocą energii, którą marnotrawi się na wyjaśnienia i poszukiwanie przyczyn. Miłości nie ma ani w czasie ani w analizie, w ubolewaniu i wzajemnym obwinianiu się. Jest wtedy, gdy nie pragnie się pieniędzy, stanowiska, gdy nikną sprytne podstępy jaźni.