Jiddu KRISHNAMURTI
PRZEMIANA CZŁOWIEKA

VI

Chciałbym omówić dziś wspólnie kwestię odnowienia, odrodzenia się - nie w istnieniu po śmierci, ani w następnym życiu - a dziś, teraz; czy jest możliwe aby dokonało się w nas takie całkowite odnowienie świadomości, aby to było naprawdę jako nowe narodziny; nie w ciągłości, a w nagłym przeistoczeniu. Myślę że jedną z najdonioślejszych do rozpatrzenia spraw jest pytanie czy nasz psycho-intelekt, - jedyne posiadane przez nas narzędzie postrzegania, badania, odkrywania, rozumienia, - może się całkowicie odnowić. Jeśli potrafimy to odkryć, nie tylko słuchać moich słów, ale sami przeżyć w tej chwili coś zupełnie nowego, tj. taki stan istotnego odrodzenia, wówczas może by się dało żyć dalej w tym zwykłym życiu codziennej rutyny, udręki, błędów i lęków, ale nadając im zgoła inne znaczenie i inną treść. Więc warto dziś pomówić czy w ogóle może zaistnieć całkowita przemiana nieświadomego. A gdy to zrozumiemy może odkryje się nam również co jest właściwą funkcją umysłu.

Otóż w miarę jak mówię, może warto aby moi słuchacze spróbowali nie tylko słuchać ale i wnikać w znaczenie słów, a zarazem obserwować własną myśl, czyli nie tylko śledzić za wątkiem tego co mówię, ale i obserwować bacznie działanie własnego umysłu podczas słuchania. Sądzę że jeśli w to wnikniemy możemy znaleźć klucz do stanu twórczości i pełni, w którym nieznane, niewiadome może zaistnieć.

Dotąd znamy z życia tylko szereg walk, ścierań się, ograniczeń, nieustających przymusów i konieczności dostosowywania się. Z tego składa się całe nasze życie. I w tym procesie nie dzieje się nic nowego, nie ma w nim żadnego odnowienia. Od czasu do czasu doleci nas coś z nieświadomego; ale intelekt świadomy zaraz się w to wdaje i po swojemu tłumaczy, dopasowując do ram codziennej wygody. Znamy tylko zmaganie się i wysiłek by osiągnąć jakiś rezultat. Ą czyż może walka, rozterka, ścieranie się tezy i antytezy, w nadziei znalezienia nareszcie syntezy, stworzyć coś naprawdę nowego, wydobyć świeżą, nieskalaną a swoistą jasność?

Cale nasze życie jest jedną rutyną, zużywaniem się, śmiercią; - śmiercią ciągłości, a nie tą która coś kończąc zarazem przynosi odnowienie. Wiemy to wszyscy; wszak takim jest nasze życie, czyśmy tego świadomi czy nieświadomi. A czy nie byłoby możliwe by ten automatycznie działający umysł - będący wytworem czasu, pamięci, doświadczeń, wiadomości, które są wszystkie odmianami ciągłości, mechanizmem znanego - czy nie byłoby możliwe by się tak odnowił, aby się stał świeży, czysty, nie skażony przeszłością?

Czy mógłby nasz psycho-intelekt wplatany w różne przyzwyczajenia, namiętności, pożądania, impulsy, trzymający się zawsze najwygodniejszych, najprzyjemniejszych dróg i przyzwyczajeń, albo też zmagający się by przełamać przykre, - ucichnąć; czy moglibyśmy odsunąć wszelka jego działalność i stać się sami nieznanym i niewiadomym?

Sądzę że jednym z najważniejszych zagadnień naszego życia jest: "jak pozwolić umrzeć całej swej przeszłości", czyli: "jak się od niej całkowicie odciąć". Czy może się to stać? Czy potrafimy dać umrzeć wszystkiemu co przeszłe - tęsknotom, wspomnieniom, lękom, pamięci, zacnościom i wszelkim innym ograniczeniom? Jeśli nie zdołamy, tedy nie możemy mieć żadnej nadziei na odnowienie. Bo teraz żyjemy tylko ciągłością rzeczy które były, nieustannie utrwalając je w myśli i świadomości. Intelekt przez wspomnienie przebytych doświadczeń i przeżyć, przez pamięć zdobytych wiadomości, tworzy wciąż stan ciągłości. l to jest wszystko co znamy. Chcę trwać, chcę przedłużenia swego istnienia, czy to przez własność i rodzinę, czy przez idee; chcę by ciągłość mego bytu się nie przerywała. A czy może nasze "ja", które wciąż się stara zabezpieczyć w stanie stałości, czy to w rozkoszy i przyjemności, czy w walce, lub też usiłując przekroczyć własne lęki i osiągnąć jakiś trwały stan, co jest jeno reakcją i dalszym ciągiem jego żądzy ciągłości - czy może to "ja" całkowicie zamilknąć?

To co trwa w ciągłości nie może się odnowić, nie może nigdy stworzyć nic nowego. A przecie w każdym z nas żyje gdzieś głęboko pragnienie ciągłości życia, dalszego trwania, i to takimi jakimi jesteśmy, może jeno nieco lepszymi, szlachetniejszymi, bardziej "ważnymi" w życiu, - czy to przez własne czyny, czy przez związki i stosunki z ludźmi. Więc zasadniczą funkcją naszego intelektu - takiego jakim go teraz znamy - jest nieustanne tworzenie ciągłości, oraz stanów w których czas odgrywa niezmiernie ważną rolę jako środek umożliwiający stawanie się czymś "więcej". Toteż nieustannie walczymy, zmagamy się i czynimy niebywałe wysiłki by utrzymać tę ciągłość. Owa ciągłość to "ja", to nasza mała "jaźń". A funkcją intelektu jest - jak dotąd - wzmacniać i zasilać to "ja". l to jest wszystko co znamy.

Czy więc mógłby ten intelekt, tak wrośnięty w czas, zamilknąć, skończyć się i znaleźć się w stanie gdzie jest nieznane, niewiadome? Umysł działa automatycznie, gdyż zarówno pamięć jest ruchem mechanicznym, jak wspomnienia doświadczeń; a nawet wiedza, choć może działać pobudzająco, jest mechaniczna, a podłożem intelektu jest czas; czy może więc intelekt o takich funkcjach przestać myśleć w ramach czasu, w terminach stawania się czymś, zawsze w obrębie "ja"? "Ja" jest ideą, pojęciem, gdyż pojęcie - to pamięć, doświadczenia, walki, lęki. Czy może taki intelekt zamilknąć, przestać działać, jednak bez wszelkiego ku temu pragnienia?

Gdyż jeśli pragnienie zamilknięcia zagnieździ się w myśli, intelekt może to łatwo wyobraźniowo osiągnąć, wprost zahipnotyzować siebie w taki stan. Jest on zdolny do tworzenia wszelkiego rodzaju ułud, ale w nich nie może być żadnego odnowienia.

Więc zagadnienie nasze przedstawia się następująco: znając funkcję obecną intelektu pytamy: "czy może on, taki jak jest, odnowić się i odrodzić? Czy też nie jest w ogóle zdolny do zobaczenia i przyjęcia czegoś nowego, nieznanego, więc wszystko co mu pozostaje do zrobienia to ucichnąć, zamilknąć? Ja sądzę że istotnie jest to jedyne co ma do zrobienia.

A czy myśl tak niespokojna, powierzchowna, rozproszona, która rzuca się w różne strony, to przyciąga i gromadzi, to odrzuca i odpycha - o, proszę poobserwować w tej chwili swe myśli ... - czy może ona od razu zatrzymać się w ciszy, zamilknąć, ustać? Bo właśnie w tej ciszy jest odnowienie, odnowienie niepojęte dla umysłu działającego w czasie. Ale gdy myśl ucicha, gdy umysł jest wolny od czasu, gdy przestaje działać, w tej samej chwili staje się zupełnie inny i nie ma w nim już ciągłości doświadczeń, nie ma istności która chwyta i gromadzi. W tym stanie ciszy jest twórczość, twórczość Boga, twórczość prawdy. A nie posiada ona ciągłości, takiej jaką znamy.

Ale nasz zwykły, automatyczny, mechaniczny umysł nie umie myśleć inaczej jak w terminach ciągłości i czasu, dlatego to chce aby prawda trwała, aby Bóg był stałością, nigdy nie kończącą się ciągłością. Ten automatyczny, codziennie przez nas używany intelekt, jest zupełnie niezdolny do ogarnięcia takiej poza-czasowej ciszy, toteż nie może zaznać sam odnowienia, ani odkryć nieznanego.

Ale jeśli intelekt wrośnięty w czas, w ciągłość nabytej wiedzy, w pamięć przeżytych doświadczeń, zdoła ucichnąć, stanąć w tej niezwykłej ciszy, jawi się w niej twórczość prawdy. Ale prawda owa nie jest ciągła, nie trwa cały czas; istnieje tylko od chwili do chwili, co chwila jest inna, bo nie istnieje już instynkt gromadzenia.

Więc twórczość i prawda nie są nigdy czymś, co w terminach zwykłego umysłu jest ciągłym, co trwa; jest zawsze obecna, ale nawet powiedzenie "jest zawsze obecna", nie jest dokładne, ani prawdziwe, to tylko pojęcie że jest ona obecna nadaje jej trwałość. Ale gdy myśl zdoła ucichnąć, poznamy stan który jest wieczystą twórczością. l to jest właściwą funkcją naszej psychiki i zadaniem intelektu. Zadaniem jego nie jest tylko mechaniczna strona działalności, umiejętność "jak" rzeczy robić, jak walczyć, rozbijać i na nowo klecić. To jest nasz codzienny zwykły intelekt, który od czasu do czasu chwyta jakieś błyski z nieświadomego, ale którego cała świadoma działalność jest wplątana w sieć czasu, umysł który wciąż reaguje, co oczywiście robić musi, inaczej bylibyśmy martwi. Nie możemy się bez niego obyć. Rozwinął się on z techniki, i im więcej rozwijamy i chcemy kłaść nacisk na technikę, czyli na "jak" to zrobić, na metodę, system, tym mniej jest miejsca dla tamtego, twórczego. Ale oczywistym jest że potrzebujemy techniki, musimy umieć robić różne rzeczy. Ale gdy ten mechaniczny intelekt, - wytwór pamięci, doświadczeń, wiadomości - uważa siebie za najważniejszy i działa samoistnie, niezależnie od drugiego, prowadzi to do martwoty, do bez-życia. Gdyż intelektualizm bez twórczości prawdy nie ma żadnego znaczenia, prowadzi tylko do coraz nowych wojen i walk, do coraz większej nędzy i cierpienia. Czy jest więc możliwe aby ten twórczy stan istniał, podczas gdy mechaniczny, techniczny umysł jednocześnie działa? Czy jeden stan nie wyklucza drugiego?

Ów rzeczywisty stan jest oddalony, usunięty gdy intelekt mechaniczny nabiera zbyt wielkiego znaczenia; gdy idee, wierzenia, dogmaty, odkrycia i koncepcje intelektualne stają się najważniejsze. Lecz gdy myśl ucicha, a twórcza rzeczywistość może zaistnieć, wówczas i zwyczajny intelekt nabiera innego znaczenia, wówczas i on jest przeciwny samej technice, owemu "jak", i nie pyta już "jak", nie interesuje się cnotą, gdyż prawda jest ponad i poza cnotą. Myśl która ucichła, wstrzymana w ciszy, wiedząca, będąc sama nieznanym i twórczością rzeczywistego, nie potrzebuje cnoty. Gdyż w tym stanie nie ma ścierań się ni walki, a tylko psychika usiłująca stawać się czymś dąży do cnoty.

Więc dopóki nadajemy zbyt duże znaczenie intelektowi, którego zadaniem jest gromadzić informacje, wiedzę, doświadczenia i wszystko pamiętać, tamten drugi nie może działać. Można wprawdzie od czasu do czasu pochwycić jakieś jego błyski, ale te są zaraz przetłumaczone w terminach czasu, tj. pożądania dalszych podobnych doznań, co jeno zasila pamięć. Ale jeśli widząc to wszystko, cały ten proces świadomości, umysł sam przez się, samorzutnie, naturalnie, uwalnia się z sieci wierzeń i pojęć i milknie równie prosto, wówczas zapanowuje cisza, bez starania się o nią, bez oporu, nie narzucona sobie przez wysiłek woli. I w tej ciszy rodzi się twórcza, niewymierna rzeczywistość, której mechaniczny umysł nie może uczynić swym celem, ani ująć, pochwycić ni ogarnąć. W tym stanie kryje się szczęście, którego intelekt nie zrozumie nigdy.

To co mówię nie jest żadnym wschodnim mistycyzmem. Jest to ogólnoludzkie, należy do człowieka, gdziekolwiek się znajduje, z jakiejkolwiek części świata pochodzi. Gdy możemy naprawdę czujnie obserwować całokształt procesu świadomości, oraz funkcję umysłu - jakim go znamy - wówczas bez żadnego wysiłku ni walki nastaje ta niezwykła cisza myśli, a wraz z nią twórcza rzeczywistość.

Mówiłem już jak bardzo ważnym jest umieć słuchać; nie tylko moich słów, ale wsłuchiwać się we wszystko. Gdy się ma tę umiejętność słuchania, nie może dla nas istnieć autorytet, ani naśladownictwo. Gdyż w takim słuchaniu jest ogromna swoboda. Lecz gdy nie jestem do takiego słuchania zdolny, stwarzam opory, sprzeciwy, a chcąc je potem przełamać szukam dalszych autorytetów i przymusów. Ale jeśli potrafimy słuchać, nie nadając żadnych własnych interpretacji, bez osądów ni paczenia słyszanego, bez sprowadzania tego zawsze do swoich własnych ciasnych i ograniczonych reakcji - wyniku swych uzależnień; jeśli zdołamy te wszystkie osobiste ustosunkowania się odsunąć i wsłuchać się we wszystko wokoło - w mowę żony, dzieci, sąsiadów, a nawet gazet i pism, we wszystko co się wokół nas dzieje, wówczas każda rzecz nabiera niezwykłego znaczenia i objawia nam coś przedziwnego.

Zazwyczaj jesteśmy pochłonięci własna oceną, przekonaniem, przesądem i tym czego się chcemy dowiedzieć, ale jeśli zdołamy wsłuchiwać się, odsłoni się nam wiele. A jeśli potrafimy też wsłuchać się spokojnie w siebie, we wszystko co się w nas dzieje, w te impulsy, namiętności, pragnienia, zazdrości i lęki - wówczas może nastać ta wielka cisza, o której mówiłem.

Pytanie: Jak może zaistnieć kolektywne działanie przy tylu sprzecznych indywidualnych zainteresowaniach?

Krishnamurti: Co rozumiemy pod słowem "kolektywny czyn"? Rozpatrzmy to najprzód, a potem zbadajmy czy istotnie mamy zasadniczo sprzeczne i rozbieżne interesy, które ścierają się przy wspólnej akcji.

Powtórzę - co rozumiemy pod "działaniem kolektywnym"? Czy robienie czegoś wszyscy razem, robienie twórcze razem; np. budowanie razem mostu, malowanie obrazu, pisanie poematów, czy uprawianie ziemi razem? Akcja zespołowa jest z pewnością tylko wtedy możliwa jeśli mamy podobny sposób myślenia. A więc nie tyle chodzi o kolektywny czyn, ile o kolektywne myślenie, które oczywiście wyrazi się w uzgodnionym działaniu.

Czy kolektywne myślenie jest możliwe? A o to nam właściwie chodzi. Wszystkie rządy, religie i zorganizowane filozofie, dążą do wprowadzenia kolektywnego myślenia. Mówią: "wszyscy muszą zostać chrześcijanami, lub socjalistami, lub też wyznawcami hinduizmu, a świat będzie doskonały". Ale czy kolektywne myślenie jest możliwe? Wiem iż czyni się je obecnie możliwym przez wychowanie, społeczne i ekonomiczne przymusy, przez różnego rodzaju zakazy i nakazy, przez narzuconą karność i nacjonalizm, który nas zmusza do czucia się Anglikami, Niemcami, Rosjanami, itp. Propaganda, religie, wychowanie tworzą pewne giętkie ramy, w obrębie których myślimy jednakowo. A że jesteśmy indywidualnościami o swoistych upodobaniach i wstrętach, dążeniach, zamiarach i ambicjach, przeto owe ramy są coraz bardziej usztywniane, abyśmy nie mogli wychylić się poza nie. A jeśli to czynimy, likwiduje się nas, lub ekskomunikuje, albo wyklucza z partii, co nieraz oznacza też utratę posady.

Czyli utrzymuje się nas wszystkich - chcemy czynie chcemy - w ramach pewnych ideologii, A im bardziej sztywne i mocne są te ramy, tym Iepiej i lżej się w nich czujemy, bo odbierają nam ciężar odpowiedzialności. Toteż każdy rząd, każda społeczność, chce skłonić nas to jednakowego myślenia. l w nas samych istnieje chęć by myśleć tak samo jak inni, gdyż czujemy się wówczas bardziej bezpieczni i pewni. Zawsze się obawiamy czy aby sprawimy dobre na innych wrażenie i troszczymy się co inni o nas pomyślą, bo wszyscy chcemy by nas uważano za zacnych i szanownych.

Więc w tym układzie rzeczy kolektywne myślenie staje się możliwe. I w chwilach przełomowych wywodzi się z niego kolektywny czyn, jak podczas wojny, lub gdy jesteśmy wszyscy czymś zagrożeni, w dziedzinie religijnej, politycznej, czy jakiejkolwiek innej.

Ale spytajmy czy takie, naciskiem wymuszane ograniczanie jednostki, może być twórcze? Możemy mu się poddawać, ale wewnętrznie nigdy nie będziemy w nim szczęśliwi; będzie w nas zawsze opór, sprzeciw, bo w takim podporządkowaniu się zespołowi nie ma swobody, wolność jednostki staje się pustym frazesem. A jednostka tak zacieśniona przez tradycje, konwencjonalizmy i nacisk gromady, chce zawsze przejawiać siebie i szuka wypełnienia przez ambicję; a wówczas społeczność znów ją ugina, zmusza do dostosowania się i powstaje konflikt, stan ciągłej wojny pomiędzy jednostka a społecznością.

A czy nie można by się zgodzić iż jest tylko jedno istotne powołanie dla wszystkich ludzi, zamiast tych rozbieżnych dążeń, przeciwstawnych zamierzeń, odrębnych zainteresowań? A to jedno istotne zadanie jest: zrozumienie co jest prawdą, co jest rzeczywistym. To jest jedynym prawdziwym powołaniem każdego człowieka, stokroć ważniejszym od zdobywania dyplomów inżyniera czy prawnika, lub zawodu marynarza, czy wojskowego; bezsprzecznie jedynym istotnym zadaniem każdego człowieka jest znaleźć prawdę. Jesteśmy ludźmi którzy cierpią, szukają badają; jeślibyśmy mogli uznać znalezienie prawdy za jedyne istotne nasze zadanie - oczywiście przy pomocy odpowiedniego wychowania i swobody od wczesnego dzieciństwa - wszystko by się zmieniło. Znalazłszy tę prawdę moglibyśmy, w pełni swobody, działać wespół z innymi, bez narzucania kolektywnego myślenia, bez nieustannego ograniczania nas przymusowym współdziałaniem. Jeśli jako wolni ludzie zdołamy znaleźć tę rzeczywistość i prawdę, wówczas dopiero prawdziwie twórczy wspólny czyn stanie się możliwy.

Pytanie: Jak może nasza uboga, ułomna ludzka miłość stać się czystą i nieskazitelną.

Krishnamurti: Czy to co jest skażone może się stać nieskalanym? Czy to co jest brzydkie może się stać pięknym? A człowiek głupi stać się nagle rozumnym?

Czy mogę, będąc świadom własnej głupoty, zmagać się i walczyć by stać się mądrym? Czy samo to usiłowanie nie jest głupstwem? Jestem zasadniczo głupi, mogę sobie wprawdzie przyswoić różne sprytne chwyty i umiejętności, ale w istocie pozostanę głupi. Podobnie się dzieje gdy widzę iż miłość moja jest skażona, ułomna, a ja chcę ją uczynić czystą i nieskalaną. Nie sadzę aby to było możliwe. Samo usiłowanie stawania się czymś "więcej", jest rodzajem skażenia, nie jest bezinteresowne, a więc nie jest "czyste". Wszystko co mogę zrobić to zdawać sobie sprawę z rodzaju mojej miłości i wszystkiego co się w niej tai - zazdrości, zawiści, obaw, lęków, niepokojów, niewoli i zależności. Znamy ogromne podłoże tego słowa "kocham". I oto chcemy całe to podłoże oczyścić, rozświetlić, uczynić nieskalanym, - co tylko oznacza iż intelekt chce znów coś zrobić z tą miłością, jakoś jej użyć, zamknąć w czasie to, co w samej swej naturze jest poza-czasowym. Czy jest to możliwe? Spójrzmy uważnie. Znamy ból miłości, niepokój, lęk, niepewność, smutek rozłąki, obawę śmierci; i oto intelekt chce to zmienić, chce uczynić z miłości coś, co nie może być niczym skażone. Czy sama ta chęć nie intelektualizuje miłości, nie zmienia jej we wrażeniowe powierzchowne przeżycie? Myśl nie może zmienić rzeczy już skażonej, w coś szlachetnego i wielkiego ; a wciąż staramy się to robić. Czuję zazdrość, a nie chcę być zazdrosny, więc poczynam walczyć; znając mękę zazdrości chcę ja przetworzyć. Jestem gwałtowny, brutalny, jest to nieprzyjemne, więc intelekt mówi: zmieńmy to w dobroć, ale ona należy również do dziedziny czasu. Czyli nigdy nie możemy być wolni ód gwałtowności, od zazdrości, uwiądu i usychania miłości; dopóki intelekt zacieśnia ja i zamyka w ramy czasu, będzie ona zawsze skażona.

Czy więc prawdziwa miłość jest dla człowieka nieosiągalna? Przekonamy się o tym gdy zrozumiemy w jaki sposób intelekt obniża i banalizuje, a więc paczy, miłość. To intelekt ją niszczy. Miłość sama w sobie jest zawsze czysta. To nasz psycho-intelekt czuje się nie kochany, odczuwa samotność, oddzielność; to ten ograniczony intelekt obniża i zabija miłość. Jakże często kochamy myślą, nie sercem. Trzeba zrozumieć i wczuć się do głębi co to oznacza.

Ale nie da się tego ogarnąć bez zrozumienia znaczenia i funkcji intelektu. Trzeba pojąc całokształt świadomości naszego "ja" - to ono tak się obawia że go nikt nie kocha; albo mając miłość, tak bardzo chce ją zatrzymać, iż uzależnia jej istnienie od drugiego człowieka - wszystko to należy do naszej psychiki. "Ja", które mówi: "muszę kochać Boga i prawdę", a tym samym stwarza symbol i co dzień, lub raz na tydzień, idzie do kościoła, czy innego miejsca modlitwy, jest częścią naszej psychiki. A wszystko czego dotknie intelekt ze swą mechaniczną pamięcią i wiedzą, zostaje skalane.

Więc ważne jest by znaleźć właściwe do tego zagadnienia podejście; tworzyć tę czystość, nieskalaność miłości można dopiero wówczas gdy intelekt znając swa funkcję ucichnie, zamilknie. Wtedy miłość na pewno będzie czysta i nieskalana

Pytanie: Czy nie ma tylu dróg do rzeczywistości, do Boga ile istnieje jednostek? Czy więc Joga nie jest jedną nich?

Krishnamurti: Czy może istnieć jakaś droga do nieznanego? Do znanego jakaś droga prowadzi zawsze, ale do niewiadomego jej nie ma. Gdybyśmy zaraz mogli zrozumieć, myślą i sercem przeżyć prawdę tego, wszystkie nieba obiecywane przez religie i nasze własne pragnienie drogi wiodącej wprost do prawdy, znikłyby od razu. Jeśli rzeczywiste i prawda są znanym, jak znaną jest np. droga do naszego domu, tedy sprawa jest prosta, wybiera się najkrótszą doń drogę. Wówczas można przyjąć pewną metodę i związać się różnymi formami Jogi, ćwiczeń, wierzeń, itp. aby nie zbłądzić i drogi nie zmylić. Ale czy prawda i rzeczywiste są czymś znanym? A jeśli jest to znane, czy może być prawdą? Wszak rzeczywiste to coś co jawi się od chwili do chwili, co można przeżyć tylko w ciszy myśli. Więc nie może być drogi do prawdy, pomimo wszystkich twierdzeń filozofii; bo rzeczywiste to niewymowne, niepojęte, niepoznawalne.

To, co możemy myśleć o prawdzie, będzie tylko wynikiem naszego podłoża - tradycji, wyobrażeń, pamięci. Ale prawda nie należy do wiedzy, wspomnień, doświadczeń. Gdy intelekt wyobraża sobie Boga, jak to zwykle czyni - nie będzie to na pewno Bóg, będzie to tylko słowo. Możemy myśleć tylko słowami, obrazami, symbolami; więc to co myślą stwarzamy nie jest prawdą.

Znamy tylko słowa. Wiara w Boga stworzonego naszą wyobraźnią może nam oczywiście dawać pewną siłę, i tylko to znamy. Czytaliśmy, słuchaliśmy i jesteśmy na różny sposób uwarunkowani - jako chrześcijanie, buddyści, czy socjaliści. Ku wiadomemu można widzieć drogę; ale do nieznanego jej nie ma. Więc czy może ku niepojętemu prowadzić jakakolwiek metoda, która jest zawsze oporem, stłumieniem, zastępczością, lub uwzniośleniem? Chcemy znaleźć surogat prawdy. Nie wiemy co zrobić by jej pozwolić zaistnieć i sadzimy iż można ja sprowadzić przez opanowanie i cnotę. I uprawiamy cnotę, co jest znów mechanicznym nałogiem myślowym, i czynimy z cnoty coś co nie daje wolności, a tylko zacność, która ma nas chronić od strachu.

Używamy metod, a to wyklucza rozumienie. Umysł opanowany, wdrożony w pewne koleiny, nie może nigdy być wolny, nie może swobodnie szukać, odkrywać ani ucichnąć. Gdyż wszystko co sobie przyswoił zasila tylko proces myślenia, a ten jest reakcją pamięci, reakcją przeszłości, odpowiadającą pożądaniom szczęścia, które nazywamy prawdą.

Czy nie możemy ujrzeć jak nasza świadomość, nasz umysł działa, jak nasze "ja" wciąż szuka i gromadzi, aby się zabezpieczyć; i stwarza własna projekcję; zrodzoną z pragnienia bezpieczeństwa, którą nazywa "niebo", "Bóg". Umysł w tym stanie nie może nigdy ujrzeć prawdy. Człowiek o psychice pełnej stłumień i lęków, który nigdy nie spojrzał w siebie, bo obawia się tego co może w sobie zobaczyć, więc ciągle ucieka od siebie, od tego "co jest", - nie może nigdy znaleźć nieznanego.

Nieznane może zaistnieć gdy człowiek nic nie szuka, nie pragnie, nie oczekuje i o nic nie prosi. Wtedy, rozumiejąc całość siebie samego, uspokaja się myślą i wchodzi w tę wielką ciszę, w której spotyka twórczą rzeczywistość i prawdę.