Jiddu KRISHNAMURTI
PRZEMIANA CZŁOWIEKA

V

Chciałbym abyśmy dziś wspólnie rozpatrzyli bardzo trudne zagadnienie, mianowicie problem świadomości. Bo bez zrozumienia funkcji i istoty naszego intelektu, choćbyśmy najrzetelniej pragnęli przetworzyć się w sobie i przeistoczyć, nie zdaje mi się aby to było możliwe. Oczywiście jest to zagadnienie trudne Zwłaszcza iż każdy z nas ma już, na nieszczęście, swoje urobione zdanie czym jest i czym powinna być umysłowość człowieka. Po naczytaniu się mnóstwa książek, doszliśmy do pewnych określonych wniosków i sformułowań czym jest nasza świadomość. Ale może byśmy potrafili odłożyć na bok całą naszą nabytą, jak i z doświadczeń wysnutą wiedzę, i - jeśli to możliwe - spojrzeli na to zagadnienie od nowa a może wówczas odkryjemy jak się w nas może dokonać takie zasadnicze, dogłębne przeobrażenie, a nie tylko jakaś zewnętrzna powierzchniowa przemiana.

Cóż więc jest funkcją psychiki i intelektu? Czy może on dokonać w sobie całkowitej przemiany; sam siebie przeobrazić? A nasze "ja", nasza osobowość, czy jest czymś od umysłowości różnym? Na jakimkolwiek poziomie ześrodkujemy nasze "ja", choćby jak najusilniej zmagało się usiłując dokonać w sobie przemiany, czyż nie będzie to dziać się zawsze w obrębie myśli, w polu świadomości? A czy może zaistnieć przeistoczenie - nie stałe, w znaczeniu ciągłości, ale całkowite i do dna - bez żadnej z zewnątrz przyczyny, żadnej pobudki, ani najmniejszej chęci osiągnięcia jakiegoś rezultatu?

Sądzę że jeśli zdołamy wniknąć w to, czym nasza świadomość jest i jaka funkcję spełnia intelekt, może też odkryjemy czym jest mądrość.

Czymże więc jest świadomość? Czym jest w nas to co nieustannie działa, wybiera, walczy, stwarza symbole, obrazy, ideały; co poddaje się ograniczeniom, a potem chce się od nich uwalniać; co odczuwa ból i stara się unikać wszystkiego gdzie może czyhać strach? Czym jest w nas to, co nieustannie poszukuje stałości, wygody, bezpieczeństwa, i nieraz nazywa to Bogiem? Czym jest to w całokształcie swoim, nie tylko w powierzchniowych warstwach? To co wzdryga się i stula pod wpływem strachu, a rozszerza się przez radość? Czym jest to "ja", co wciąż usiłuje stawać się lepszym, co poddaje się różnym metodom i dyscyplinom dla osiągnięcia pewnego rezultatu; to co powoduje się ambicją i chce ciągle przezwyciężać różne przeszkody, a stąd żyje wciąż w obawie zawodu i udaremnienia twoich wysiłków? Czym to jest i gdzie jest jego ośrodek, jego wewnętrzna oś? Czy nie jest to wszystko tym, co zwiemy świadomością - nie tylko tą która działa za dnia, ale i ta ukryta w nieświadomym, gdzie tai się świadomość całej rasy, gdzie tkwią korzenie wszystkich tradycji przeszłości? Wszystko cośmy kiedykolwiek zdobyli i przyswoili, wszelkie nasze doświadczenia i zależności; czy wszystko to razem wzięte nie stanowi naszej świadomości?

I czy nasze nieświadome nie jest częścią nieświadomego całej ludzkości? Czy np. moje nieświadome nie jest częścią całokształtu myśli Indii? A drugiego człowieka innej rasy, klimatu, narodu?

Czy nie jest to wszystko, cały ten ogromny proces tym, co zwiemy świadomością? Czy nie jest to naszą psychiką i umysłowością, będącą wytworem czasu i kultury, tym "ja", które organizuje się i scala zawsze przez kontakty i wrażenia zewnętrzne, przez pożądania i gromadzenie doświadczeń, zrodzonych z pragnień i żądz? A gdy mówimy o przeżyciach i doświadczeniach, czy nie jest to tylko pamięć, wspomnienie, słowo, symbol, więc na ile my - zwykli ludzie, nie żadni wielcy teologowie, ani uczeni - możemy sadzić, właśnie to wszystko stanowi nasza psychikę i umysłowość. To jest naszą świadomością: pożądania, doświadczenia, pamięć, wiedza - i tylko w obrębie tej ich sfery działamy.

Czy może ta świadomość, to nasze "ja" zbliżyć nas do mądrości? Czy do mądrości może nas doprowadzić wiedza? A nie mam na myśli modrości książkowej, ani tej którą nabywa się uczęszczając na kursy "Szkół Mądrości".

Chodzi mi o przekonanie się czy nasza psychika i umysłowość, która jest wytworem czasu, która się urobiła dzięki doświadczeniom, pamięci, symbolom, w której wciąż żyją różne pożądania, rozpacze, nadzieje, aspiracje, uczucia bólu, niewoli, nędzy i udręki; która ciągle wybiera, i w tych wyborach zaplątuje się wciąż w "lepsze" i "większe"; czy może taka psychika poznać prawdę, mądrość, Boga? A gdy przeżywa rzeczywiste, prawdę, czy nie staje się tej samej co rzeczywiste natury, w chwili jego doznania?

Czy to jest jasne co staram się wyrazić? Widzę iż intelekt mój jest wytworem czasu; to jest chyba oczywiste, nie potrzebujemy tego bardziej szczegółowo rozwijać. Wyrobił się przez całe pokolenia doświadczeń. Przedstawiam więc rezultat wszystkich walk, cierpień, myśli i przesądów całego świata; umysłowość moja jest tego wszystkiego wytworem. A jednak ta sama psychika szuka jakiejś rzeczywistości i prawdy, która - rozumie się to samo przez się - musi być poza czasem, której nie można schwytać, zatrzymać, uskładać ku użytkowi. Ale jednocześnie ta umysłowość, będąca jedynym narzędziem naszego odczuwania i doświadczania, staje się niewątpliwie, w chwili doznania rzeczywistego i prawdy, tej samej co one, poza-czasowej natury.

Jakże się dokonuje to dziwne przeistoczenie? Czy może "ja" - wytwór czasu - sprowadzić w sobie samym takie przeobrażenie? To właśnie jest sednem naszego zagadnienia. Chcę przemiany, chcę przetworzyć się wewnętrznie, bowiem nie jestem szczęśliwy, życie moje jest blade, ubogie i ograniczone; jest to ciągłe ścieranie się smutków, radości, zgnębień, które stanowią moje "ja". I oto w tej świadomości, w rdzeniu jej, w samym jej sercu, musi dokonać się zasadnicze przeistoczenie. Nie pragnę zmiany tylko na obwodzie, na powierzchni, wiem iż ta nie ma żadnego znaczenia.

Jeśli patrzę na to wszystko z całą powagą i rzetelnością, chcę przemiany istotnej, u samych podstaw; przeistoczenia które nie będzie w czasie i nie ku wygodzie chwilowej zmiennych nastrojów, a nawet nie z powodu widomej konieczności. A mam do dyspozycji tylko narzędzie mej psychiki i intelektu. Nie mogę odłożyć na bok mej umysłowości, gdyż sam jestem nią. Wszystko co myślę, czuję, pragnę, wszystkie tęsknoty i lęki, miłości i nienawiści, nieuniknioność śmierci i nieznane poza nią, to wszystko ja sam, to się składa na moje "ja". l oto w samym sednie, w samym sercu tej świadomości, tego "ja" musi dokonać się zasadnicza, rewolucyjna przemiana.

Jak że się to może stać? Czy nieświadome - również wytwór czasu - sprowadzi tę przemianę? Czy dopomoże świadomej psychice i umysłowości zaprzestać wszelkiego gromadzenia, tak aby w jej sercu, w samej głębi zapanowała zupełna, swobodna bezinteresowność, samorzutne wyrzeczenie? Jest to tak bardzo ważne l choć może wyrażam to niezręcznie, używając słów które mogą mieć dla każdego z nas inne znaczenie, ale treść ich usiłuje wyrazić tę najważniejsza sprawę. Gdyż każdy nasz wysiłek daje smutne wyniki; stwarza rutynę, martwotę, powolny uwiąd i upadek. Wprawdzie przychodzą chwile wielkiego szczęścia i wzlotu ale w parę dni rozwiewają się i nikną.

Widząc całą niezmierną złożoność tego zagadnienia czy nie należałoby zbadać czy jest możliwe dojść do tej zasadniczej przemiany bez udziału naszego intelektu? Czy może umysł sam siebie przetworzyć, przemienić? Wiem że są chwile gdy nagle widzi prawdę i rzeczywiste samorzutnie, bez żadnego bodźca. I w tych chwilach sam się staje tą prawdą i rzeczywistością. Gdy "ja" nie dąży już, nie walczy - zdając lub nie zdając sobie sprawy - i nie usiłuje stawać się czymś; gdy jest całkiem nieświadome siebie, w tej chwili ów stan czci, rzeczywistości i prawdy jest. I w onej chwili stajemy się sami tą prawdą, tą rzeczywistością.

Więc zagadnienie nasze sprowadza się do tego, czy psychika, intelekt nasz, który jest wytworem czasu, który stanowi nasze "ja" - co jest faktem - bez względu na wszelkie nasze usiłowania dzielenia go na niższe i wyższe "ja", czy też na obserwatora i obserwowane, czy może owo "ja", którego cała świadomość jest rezultatem gromadzenia doświadczeń, wiadomości, pamięci, czy może ono ucichnąć, zaniknąć - bez wszelkiej chęci wszakże, i bez nadziei na to roztworzenie się i zaniknięcie. Jestem w posiadaniu tylko jednego narzędzia, którym jest mój psycho-intelekt, który ocenia, osądza, potępia, czy może taki intelekt, wytwór czasu, a nie prawdy - zna on wiedzę, ale wiedza nie jest jednoznaczna z prawdą - czy może on nagle przestać działać, stanąć, tak aby ten inny czynnik, inny stan bytu, mógł w nas zaistnieć, ten w którym możemy przeżyć prawdę, doznać rzeczywistego, i sami stać się rzeczywistym?

Sadzę że najpoważniej zadając to pytanie i rzetelnie badając można znaleźć odpowiedź. Czy może nasz psycho-intelekt - jedyne narzędzie jakie posiadamy - czy może nasze "ja" przestać gromadzić, a więc działać? Czy możemy od tego cośmy nagromadzili - wiedzy, doświadczeń, wspomnień - oswobodzić się całkowicie, do nagości? Czy moglibyśmy pozwolić sobie patrzeć, jak świadek na brzegu, na płynące mimo wspomnienia, przeżycia, doświadczenia, a sami trwać cisi, spokojni, bez utożsamiania się z żadnym z nich?A więc być wolni, z kotwicą tylko w tę wolność rzuconą?

Bo wszak nie możemy usunąć, ani zniweczyć nagromadzonej wiedzy, wspomnień, doświadczeń; one są, trwają. Ale możemy patrzeć spokojnie jak płyną, nie chwytając się żadnego, czy miłe jest, czy bolesne. Ale nie można tego próbować, ani się w tym ćwiczyć, bo z chwilą gdy świadomie próbujemy jest to już gromadzeniem, a tam gdzie jest gromadzenie, tam zasila się tylko nasze "ja". Owo "ja" czasowe, które dąży do zdobycia cnót, z mozołem je wyrabia i wciąż o coś walczy. A prawda i rzeczywiste nie ma nic wspólnego z wyrabianą cnotą. Jednak cnota musi być w tym swobodnym bezinteresownym stanie, który nic nie gromadzi. Człowiek który patrzy na swe przeżycia, wspomnienia i umiejętności, obserwując jak płyną, niejako mimo niego, nie potrzebuje cnót, nic nie chce zatrzymywać, nic uskładać. A gdy już nic nie zbiera, gdy jest obudzony i czujny, rozumiejący całość procesu świadomości, ze wszystkimi jej wspomnieniami, nieświadomymi pobudkami i impulsami całych wieków i pokoleń, i umie pozwolić im płynąć swobodnie, czyż nie wychyla się wówczas poza czas? Czyż myśl, nie jest wówczas - choć świadoma swych przeżyć, jednak nie trzymająca żadnego - wolna od czasu, nigdzie w jego sieć nie schwytana?

To co nas wplątuje w sieć czasu to życie pamięcią, to odwracanie się za wspomnieniami, oraz zdolność odróżniania wszelkich rodzajów pamięci. Czy więc jest możliwe pozostać całą naszą psychiką poza czasem, poza wiedzą która jest pamięcią, doświadczeniem, słowem, symbolem? Czy można oswobodzić się od nich całkowicie, a tym samym trwać poza czasem? Wówczas to zachodzi zasadnicza dogłębna przemiana, przeistoczenie w samym sercu świadomości. Bo nie ma już walk, ani usiłowań by coś posiąść, osiągnąć, do czegoś dojść. I nie ma wówczas lęku. Myśl sama staje się nieznanym; umysł sam w sobie jest odnowiony i nieskalany. Jest sam w sobie nieskazitelny, rzeczywisty, ponadczasowy. Jest prawda.

Pytanie: Chrześcijanie, z rzymskimi katolikami włącznie, obiecują nam niebo. A co mówca nam ofiaruje?

Krishnamurti: Dlaczego chodzi nam o niebo? Dlaczego koniecznie spodziewamy się czegoś i pragniemy? Czemu pytamy: "inni nam coś dają, a co dostaniemy od was?" Jeśli się nam coś obiecuje bo wyciągamy rękę prosząc, żebrząc, czy to co dostaniemy będzie prawdą?

Czym jest niebo a czym piekło? Czym jest ów, przez różne religie obiecywany raj? Taką czy inną formą zabezpieczenia się. Spodziewamy się nagrody, lepszego życia, większego szczęścia po tamtej stronie, zbawienia po śmierci i cichego, bezpilecznego miejsca dla każdego z nas. Oto czego wszyscy pragniemy. I każda religia obiecuje ostateczną nagrodę i każda uważa iż ma monopol na niebo. Sami tego pożądamy i sami wszystkie te nieba i piekła stwarzamy. To nie tylko religie nam je obiecują, odpowiadają one bezpośrednio naszym własnym pożądaniom. Chcemy zabezpieczenia się, pragniemy ciągłości, trwałego szczęścia, chcemy nie być nigdy w stanie niepewności i nie-wiadomości.

Ale prawda i rzeczywiste są właśnie niewiadomym. Niebo jest stanem nie-wiedzenia, nie-świadomości, a piekło i stanem wiedzenia i wiadomości. A my jesteśmy między nimi dwoma. A że całe nasze życie jest owym stanem wiedzenia, więc obawiamy się wszystkiego co jest nieznane i niewiadome. Bóg, prawda, niebo - to wszak nieznane. A my chcemy w tym nieznanym znaleźć dla siebie miejsce. Więc przyjmujemy chętnie każda religię. Państwo, partię polityczną, która obiecuje iż nam takie bezpieczne miejsce zapewni i zostajemy katolikami, czy też socjalistami, albo poczynamy wyznawać jakąś inną zorganizowaną filozofię. Dopóki szukamy dla siebie jakiegoś stałego miejsca, niezmiennego szczęścia, niczym nie zamąconego a nieprzerwanego spokoju, zawsze będziemy stwarzali zorganizowane filozofie i religie, które będą nam to obiecywać i potrafią zadowolić nasze pożądania i tęsknoty.

Dopóki pragnę trwałości, ciągłości, będę zawsze tworzył dogmaty, wierzenia, teorie i sam się w nie zaplątywał jak w sieć. l to jest wszystko czego pragniemy. Zasadniczo w głębi nigdy nie chcemy być w stanie w którym nic nie wiemy. Choćby wszystko co dotąd znałem stało się martwą i nudną rutyną, nieznane i niewiadome jest zawsze czymś co budzi w nas lęk. A że czuję iż niewiadome jednak istnieje, chcę sobie zapewnić w nim jakieś miejsce. I jestem w ciągłej walce pomiędzy tym co znam, a tym czymś, czego nie znam. I to jest moje piekło.

A czy nie moglibyśmy odsunąć na bok całą intelektualną wiedzę, doświadczenia, asocjacje pamięci i trwać w stanie nie-wiedzenia? Jest to tajemnica. Nie tajemnica przesądu, dogmatu, mistrzów i zbawicieli, ale tajemnica niewiadomego i niepoznawalnego. Czy nie mógłby nasz umysł stać się sam niewiadomym, być tym nieznanym? Owszem, może, ale wymaga to niezwykłej swobody od wszystkiego co zna.

Teraz intelekt z całym bagażem wiadomego stara się pochwycić nieznane. I jest ciągłe ścieranie się, zderzenia przeszłości z czymś co jest nieznane i dla myśli wplatanej w przeszłość - niepoznawalne.

Lecz gdy jesteśmy od przeszłości wolni, od dawnych przeżyć, wiedzy, pamięci i wspomnień całkowicie uwolnieni, wówczas sami stajemy się nieznanym. A wtedy nie ma dla nas śmierci.

Wszystko co mówię to tylko słowa jeśli moi słuchacze sami nie zdołają tego przeżyć. Jeśli nie będzie w nas nagłej, bezpośredniej przemiany, którą nieznane wywołuje zawsze, powtarzanie słów będzie miało małe znaczenie i niewielką wartość. A czy tacy zwykli, prości ludzie jakimi jesteśmy, mogą do tego dojść? Im jesteśmy prostsi i mniej skomplikowani, tym bliżej tego będziemy. Człowiek wielkiej nauki i erudycji, bogaty w doświadczenia, obciążony niezliczonymi wspomnieniami, nigdy do tego nie dojdzie. Na nieszczęście jednak człowiek zwykły, prosty, goni również za "więcej"; chce zdobyć więcej wiedzy, chce być rozumniejszy. Lecz jeśli pozostanie prosty, nie skomplikowany i nie "bogaty" i bogactw nie gromadzący, ma wszelką możliwość aby myśl jego stała się sama niewiadomym; a wówczas on sam będzie niebem, będzie niezgłębiony.

Pytanie: Niezrozumiałe mi są słowa mówcy: "myśliciel i myśl stanowią jedno", wywołują we mnie sprzeciw. Czy nie mógłby mi mówca wyjaśnić dlaczego mi jest tak bardzo trudno zrozumieć to pojęcie?

Krishnamurti: Prawdopodobnie dlatego że jednemu pojęciu przeciwstawiamy inne. Od dzieciństwa uczono nas iż są to dwa stany odrębne, - myśl i myśliciel, wyższe i niższe "ja", boskie i nie-boskie - a jedno z nich zawsze usiłujące rządzić, kierować i urabiać drugie. To pojęcie nam wpojono i stało się ono przyzwyczajeniem, przesądem, automatyczną skłonnością naszego myślenia. Sądzimy wciąż iż są to dwa różne stany. Stad nieustanne starcia i walka pomiędzy myślą a myślicielem.

Poobserwujmy własne myśli, przypatrzmy się im uważnie, a przekonamy się iż zwykłym codziennym faktem jest: myśliciel usiłujący rządzić, kierować, urabiać swe myśli, kształtujący je wedle pewnego wzoru, aby się stały bardziej szlachetne, zacne, szanowne i cnotliwe a odrzucający zakazane. Czyż nie robimy tego ciągle wszyscy?

A jeśli pytający jest żywy i czujny dlaczego zadaje pytanie czy myśliciel jest oddzielny? Czyż istnieje myśliciel jako jakaś odrębna istota, duchowa treść, nazwijmy to jak chcemy - wyższa jaźń, oddzielna od myśli? Czy istnieje myśliciel całkiem oddzielny od samej właściwości myślenia? Oczywistym jest że nie istnieje. Gdy nie myślę nie ma myśliciela, więc myśliciel jest wytworem myśli.

Nie chodzi bynajmniej aby moi słuchacze przyjmowali cokolwiek z tego co mówię, po prostu proszę obserwować własny sposób myślenia i jego drogi.

Jesteśmy w ciągłej rozterce, w starciach pomiędzy myślicielem a jego myślami. Ja chcę się skupić, a myśli się rozbiegają; ja komuś zazdroszczę, a nie powinienem być zazdrosny; z jednej strony jestem bardzo szlachetny, a z drugiej brzydki i mały. I wciąż jest to ścieranie się i walka. A jeśli chcę ją przekroczyć i wyjść poza nią, uwolnić się od tych ciągłych rozterek, muszę przekonać się czy rzeczywiście istnieje myśliciel oddzielnie i niezależnie od myśli. Myśli nasze są przemijające i wciąż się zmieniają, a widząc ten ich ciągle zmieniający się łańcuch, budzi się w nas chęć ustanowienia myśliciela, który byłby stały i niezniszczalny. Czyli myśl, "ja" - nadałem sobie sam cechę niezniszczalności. Więc myślą stworzyłem myśliciela - tego który poznaje, gromadzi, który może wybierać i przezwyciężać wszelkie trudności. Ale myśliciel jest częścią procesu myślenia. W istocie istnieje tylko myślenie.

Czy może tenże myślowy proces uwolnić się od nieustannego zmagania by czegoś dopiąć, od niemilknącego pragnienia trwałości? Wszak myśl jest jeno wytworem znanego, jest reakcją wiadomego - pamięci, doświadczeń, wiedzy. Nie możemy myśleć bez słów, bez symboli, albo bez pamięci. I myśl w swym dążeniu by stać się czymś większym stwarza ideał. I oto mamy z jednej strony ideał, a z drugiej aktualność; to co "powinno by być" i to "co jest". I walka wciąż trwa, ciągłe ścieranie się, nieustanny wysiłek by stawać się, osiągać, być lepszym.

A jednocześnie pragnie się szczerze zrozumieć i od walki uwolnić się; bo ścieranie się i walka są beztwórcze, są, jak wszelka wojna - niszczące. A gdzie ma być twórczość w najwyższym tego słowa znaczeniu, tam nie może być rozterek, ni starć. Jeśli więc jestem rzetelny w mej chęci skończenia z wszelkimi konfliktami, muszę spojrzeć jasno i zrozumieć całe to zagadnienie obserwatora i obserwowanego. Dopóki będzie obserwator, myśliciel, doświadczający, a oddzielnie obserwowane, przeżywane, myślane, tarcia i walki są nieuniknione.

Gdy widzimy jasno cały ten proces tj. jak umysł nasz wymyśla i stwarza oddzielną istność - myśliciela, wyższą jaźń, ducha - pytamy czy nie jest dlań możliwe nie rozszczepiać się, nie dzielić, a zajmować się tylko myśleniem? Czy nie mógłbym pozbyć się tej skłonności do tworzenia pojęć, obrazów i myśli - jako że myśli są pamięcią, podłożem z którego rodzą się nasze reakcje, w słowach, wyrażeniach, symbolach?

Gdy umysł jest wolny od walki, gdy staje się cichy, tą ciszą nie wypływająca z podłoża, ani z myśli, wówczas dopiero ustają na dobre wszelkie zmagania i tarcia. A owa cisza nie jest ideą, ani pojęciem, jest faktem; niezgłębionym, niepojętym, rzeczywistym, z którym w tej chwili jesteśmy jednym.