Jiddu KRISHNAMURTI
PRZEMIANA CZŁOWIEKA

IV

Sądzę iż nie można zrozumieć czym jest istotna religia, dopóki nie zdamy sobie jasno sprawy co jest w nas czynnikiem który wciąż stwarza przesądy. Bez głębokiego wniknięcia w całe zagadnienie tworzenia złud i przesądów, co je rodzi i hoduje, a potem trzyma się ich, bez zrozumienia tego do dna, jest prawie niemożliwe odkryć prawdę. A niemal wszyscy mamy nieliczoną ilość przesądów i złudzeń. Nie tylko ten ekonomiczny przesąd - utopią doskonałego Państwa, czy ułudną nadzieję urobienia doskonałego człowieka, ale i przesadne pojęcia o rzeczywistości, o prawdzie, o Bogu. Czy nie moglibyśmy pozbyć się tej skłonności intelektu do tworzenia ułud i przesądów, i rzutowania ich na zewnątrz, tak abyśmy bez żadnych przeszkód, ni z góry powziętych założeń, prosto i bezpośrednio zbliżyli się do prawdy i poznali myślą jasną, bez zasłonek teorii, spekulacji i urobionych pojęć?

Jeśli istotnie pragniemy odkryć prawdę tedy ważnym jest by przekonać się gdzie ma swe źródło ta skłonność da tworzenia złud, w które potem wpadamy jak w sieć, własną ręką zastawioną. Spróbujmy więc zastanowić się i wniknąć w to zagadnienie, rozwiązując je od razu, nie częściami, powoli i miarowo; nie sadzę bowiem aby można rozproszyć jakieś pojęcie, pragnienie, czy przesąd, jakimś powolnym procesem; albo się je rozbija od razu, całkowicie i do dna, albo nie narusza się go wcale.

Czy można zniweczyć zdolność tworzenia złud? Niemal wszystkie istniejące religie są dogmatyczne i obrzędowe, warunkują i uzależniają naszą myśl. Wychowano nas w pewnych schematach myślenia i wzorach postępowania, a my trzymamy się ich uparcie. I wydaje się prawie niemożliwością uwolnić się od symboli i określeń, które przyswoiliśmy sobie od dzieciństwa, jeśli od urodzenia otaczał nas pewien filozoficzny system i zorganizowane schematy myślenia.

A chcąc znaleźć prawdę myśl musi być zupełnie swobodna, nie trzymać się żadnych symboli, nie reagować zawsze w ten sam sposób na pewne słowa, ani też rzutować projekcji znanych idei, czy przeżytych doświadczeń; musi być bardzo jasna, przejrzysta i niezmiernie prosta, wolna od jakichkolwiek złud, a nawet od samej skłonności do ich tworzenia.

Co jest w nas tym czynnikiem który tworzy złudy i przesądy? Czy nie pragnienie wygody, samo-zadowolenia, pociechy, "zbawienia", chęć jakiegoś zasadniczego zabezpieczenia się, głęboka tęsknota do jakiejś pewności, do czegoś lepszego i chęć ujścia od zgnębień i udręki? Czy owa skłonność nie budzi się w nas w chwili gdy wyciągamy ręce z prośbą, z błaganiem by coś wiedzieć? Gdyż poza tą prośbą kryje się całe ogromne podłoże naszych nieświadomych uzależnień, impulsów, łęków, trosk, oraz specjalnych ograniczeń, właściwych rasie i filozofii w której wychowaliśmy się. I z całym tym bagażem pożądamy pociechy, nadziei, zbawienia. Nie możemy tu, w tym świecie znaleźć szczęścia; ani poczucia swobody i pełni wolnej od lęków i zgnębień, więc spodziewamy się znaleźć je w następnym. Wiemy dobrze że tu na ziemi nie możemy być doskonali; człowiek nie jest w stanie zrobić się doskonały, wszak może działać tylko przez swój intelekt, a ten nie może nigdy stać się doskonały. Umysł nie może nigdy uwolnić się od myśli, a te nas ograniczają. Więc szukamy różnych rodzajów zbawienia, usiłujemy znaleźć rzeczywiste, poznać Boga, odkryć prawdę, szczęście, nieśmiertelność, coś poza przemijającą znikomością życia. I w tym pożądaniu, w tej tęsknocie wytwarzamy dalsze złudzenia.

Czy może psychika pełna pożądań i pragnień odkryć rzeczywiste? Postarajmy się w to wniknąć; jest to ważne, gdyż dopóki szukamy czegoś nie zdając sobie sprawy ze swego podłoża, możemy wprawdzie coś znaleźć, ale będzie to tylko nowa złuda.

Czy można oswobodzić się od całego podłoża nieświadomego bez uciekania się do procesu analizy? Bo przekonujemy się wkrótce iż analizowanie tego podłoża wcale odeń nie uwalnia. Wprawdzie mogę dostrzec wiele czynników, obnażyć je i wytłumaczyć, ujrzeć ukryte ich związki i współzależności, ale to mnie nie wyzwala, wciąż pozostają nieświadomie z tym podłożem związany. A dzieje się tak gdyż analizujący który obserwuje, jest ciągle ten sam; on to nazywa i ocenia obserwowane i tłumaczy je w świetle swych ograniczeń.

A więc - powtarzam - czy mogę uwolnić się od tego podłoża całkowicie, nie kiedyś, w odległej przyszłości, a teraz, zaraz, tak aby uciąć wszelkie pożądanie szczęścia, pragnienie prawdy, tęsknotę za czymś nieznanym? Bo właśnie to pragnienie jest twórca złudzeń których potem czepia się nasza myśl. Czy nie moglibyśmy pozbyć się tych psychicznych pożądań i uwolnić się od nich, nie pod przymusom jakiejś przyjętej dyscypliny, czy metody, a po prostu widząc całe znaczenie tego nieustannego pożądania czegoś więcej i więcej? Wszak ciągle chcę "więcej"; więcej wiedzy, więcej cnoty, więcej swobody, więcej szczęścia, więcej rozumienia itd. Właśnie to ciągłe domaganie się "więcej" stwarza złudzenia; co nie ma znaczyć iż mam być zawsze zadowolony z tego co mam. Jeśli poprzestaję na tym co mam, wpadam znów w inny rodzaj złudzeń, bo wszak nie może nigdy mnie zadowalać to czym jestem, ani to com nagromadził.

Więc czy da się wyzwolić od tego ciągłego żądania "więcej"? Innymi słowy: czy możemy uznać i przyjąć to co jest, nie usiłując go zmienić, ani przetwarzać "tego co jest" w to co "powinno być". Czy możemy zrozumieć wewnętrznie, głęboko, całą naszą istotą, tę prawdę iż nasze pożądanie "więcej" jest twórcą złudzeń? Bowiem umysł wymyśla wówczas proces czasu - "kiedyś, w końcu, ostatecznie, przez doskonałość, przez wyrobienie myśli, przez kultywowanie cnoty... - osiągnę to szczęście". Czyli ciągle walczymy, doświadczamy, gromadzimy, aby kiedyś zdobyć wolność, poznać prawdę.

Czy mógłbym całkowicie, do dna i do ostatka pozbyć się tego pragnienia "więcej", wprost odciąć je od siebie? Sądzę że tak, jeśli tylko zrozumiem co to za sobą pociąga, jeśli się wsłucham w to, co się poza nim ukrywa, w te wszystkie nieświadome impulsy chwili. Sadzę również że dopiero wtedy zaistnieje możliwość zniweczenia tego, co stwarza złudy. Czyż nie pragniemy wszystkiego "więcej"? Więcej wygód, zadowolenia i szczęścia, więcej bezpieczeństwa i pewności. I wplatani w tę sieć pragnień, tworzymy intelektualnie takie wzory postępowania, które zapewnią nam to "więcej".

Czyż nie mieliśmy już dość wszelkich opisów i tłumaczeń? Jeśli chcemy istotnie szczerze i poważnie znaleźć prawdę, musimy odsunąć na bok wszystkie słowa i wyjaśnienia, a badać wprost, me zajmując się niczym innym. Ale nie jesteśmy zdolni badać bezpośrednio, dopóki wciąż pożądamy "więcej".

Toteż wydaje mi się najważniejszym abyśmy sobie pozwolili być w takim stanie gdy się nic nie pożąda, niczego nie wyczekuje, - co nie znaczy wcale poddania się - a tylko wielki spokój i ciszę myśli. Intelekt nasz to myśl; myśl jako określanie i nazywanie pewnych przeżyć, myśl jako pamięć, jako obserwowanie i wyciąganie wniosków; czy by nie można takie myślenie zawiesić, zatrzymać, by intelekt nie rzutował już żadnych swoich projekcji, a uspokoił się i uciszył? Gdyż tylko wtedy może być wolny od złudzeń. I tylko wówczas możemy poznać prawdę, - nie opisy jej, nie tłumaczenia i spekulacje, nie czyjeś przeżycia rzeczywistego tj. czyjąś prawdę - to nie ma najmniejszego znaczenia i żadnej wartości. Ale gdy zapanuje w nas ten stan ciszy, gdy myśl - taka jaką ją znamy - ustaje, gdy ta myśl co tylko zasila podłoże ograniczonego umysłu - ucicha, wówczas dopiero możemy poznać czym jest owo nieznane i bezimienne.

Ale taki spokój umysłu, - gdy nie rzuca on już swych własnych projekcji, nie szuka, nie żąda, nie domaga się - nie jest rzeczą łatwą. Ciszy tej nte sprowadzi żaden ułożony myślowo plan, ani wzór postępowania; przychodzi ona sama, gdy rozumiemy w pełni wrodzoną skłonność intelektu do stwarzania sobie tego, za czym tęskni - czy to mistrza i zbawiciela, czy też niezliczonych odmian przesądów, w które później sam się zaplątuje. Czy więc mógłby nasz umysł - mój i wasz, moi słuchacze - bez żadnych przymusów wejść w taki stan ogromnej ciszy, przedziwnego spokoju, który nie jest jego własnym tworem? Tak, to jest możliwe, ale tytko wówczas gdy poczujemy dogłębnie tego konieczność, gdy po długich błąkaniach się wśród labiryntów najróżniejszych złudzeń, wychodzimy z nich i zrywamy z nimi całkowicie. Tylko wówczas prawda i rzeczywiste mogą zaistnieć.

Pytanie: Gdy patrzę na moich bliźnich, w autobusie, czy kolejce, widzę jak bardzo każdy - mnie samego nie wyłączając - jest banalny, przeciętny, i zwykły. Jak mam znosić tę brzydotę codziennego życia?

Krishnamurti: My sami jesteśmy przeciętni i brzydcy. Aby to stwierdzić nie potrzeba obserwować sąsiadów siedzących naprzeciw nas w autobusie. Utraciliśmy wszelką żywotność, zapał, ochoczość, jak i prawdziwe odczuwanie piękna. Życie nasze to jedna rutyna, nuda, pustka, rzecz niemal bez wartości.

A widząc żeśmy sami przeciętni i brzydcy, jak na to reagujemy? Gdy stwierdzam że jestem banalny i brzydki, że całe moje życie jest bezwartościową rutyną, którą trzeba jakoś ciągnąć, gdy to wszystko zobaczę i zrozumiem, co jest moją bezpośrednią reakcją? Potępiam to, nieprawdaż? Osadzam ostro wszelką przeciętność, chcę posiąść odwrotne zalety, być piękniejszy, radosny, swobodny. I chwytam się piękna, chcę piękno posiąść. I zaczynam je kultywować, a odwracać się od banalności i brzydoty. Czyż nie jest to naszą zwykłą, normalną reakcją?

A gdy tak odrzucam i potępiam, czy przez to coś lepiej rozumiem; czy zachodzi we mnie jakaś zmiana, czy pojawia się coś nowego?

Chodzi mi teraz tylko o kulturę piękna; chcę być na nie wrażliwy, chcę je posiąść, a odrzucić brzydotę. Ale odpychanie brzydoty, a chwytanie piękna, czyni mnie właśnie niewrażliwym. Spójrzmy na to uważnie: gdy potępiam i odpycham brzydotę, gdy nie chcę jej widzieć i odwracam się, czy nie staję się przez to mniej wrażliwy na piękno? Czy nie jest to podobne ucięciu własnej ręki, bo jest brzydka, usiłując jednocześnie kultywować piękno gdzie indziej?

Czyż nie jest ważne abym miał wszechstronną wrażliwość, a nie tylko na jakiś jeden fragment życia?

A czy wrażliwość wzrasta gdy odwracam się od tego co uważam za brzydkie? Jeśli np. potępiam zawiść, mówiąc iż jest brzydka, czy mogę wówczas zrozumieć stan w którym ona istnieje? A czy nie chodziłoby raczej o wrażliwość na wszystko, abym mógł oddźwięknąć zarówno na zawiść, jak i stan od niej wolny? Więc rzeczą doniosłą jest wrażliwość, nieprawdaż? A nie kwestia jak się stać ładniejszym, czy cnotliwszym, lub jak uniknąć brzydoty, owej codziennej ohydy życia. Chodzi o to aby oddźwiękać i odczuwać tak jedno jak drugie, zarówno piękno, jak i brzydotę. Nie mogę być prawdziwie wrażliwym gdy jedno potępiam i odrzucam, a drugiego się trzymam, czy to będzie jakieś pojęcie, idea czy obraz, który uważam za piękny. Jeśli to wszystko zrozumiem, przestaję potępiać i nie mówię już: "to jest brzydkie, banalne", gdyż przekonywam się iż samo to słowo wywołuje we mnie pewną określoną nerwową reakcję, podobnie jaki słowo "piękne".

Więc jest naprawdę ważne aby się stać wrażliwym na wszystko, zarówno piękne jak brzydkie; wówczas możemy swobodnie obserwować i patrzyć poprzez brzydotę, nie potępiając jej, nie odwracając się od niej. A z takiej wrażliwości coś nowego może się wyłonić; może zaświtać miłość. Ale miłości nie można wyrabiać, przychodzi sama, gdy zdołamy zrozumieć całe podłoże z którego wywodzi się nasze potępianie.

Nie ma żadnego społeczeństwa, religii, kultury, które by nie potępiały; wychowanie wpoiło nam zwyczaj by ważyć, osądzać, potępiać; by określać : "to jest dobre i słuszne, tamto złe" - nie chcę przez to powiedzieć że dobre i złe nie istnieje. Ale pierwszą, instynktowną naszą reakcją jest potępienie, co jest tylko formą oporu, odpychania; a to nie budzi i nie rozwija wrażliwości ani na piękno, ani na brzydotę.

Lecz jeśli przestaniemy osądzać i potępiać, może nowe tchnienie powieje, nowa zrodzi się żywość i zaświta uczucie miłości, które wszystko odmieni i nada nowy wyraz brzydocie naszego codziennego życia.

Pytanie: Czuję się bardzo samotnym, tęsknię do jakiejś bliskiej, ludzkiej przyjaźni; ale nie mogę jej znaleźć, co mam zrobić?

Krishnamurti: Jedną z naszych wielkich trudności jest chęć znalezienia szczęścia w czymś na zewnątrz, poza nami; w człowieku, symbolu, czy idei, w cnocie, w czynie, czy też w koleżeństwie. Wciąż się nam zdaje że można znaleźć szczęście, rzeczywiste, prawdę, czy jakimkolwiek imieniem zachcemy to nazwać, w czymś poza sobą. Toteż szukamy tego wypełnienia i szczęścia w czynie, w przyjaźni, w ideach.

Czuję swą samotność i chcę znaleźć coś - człowieka czy ideę - co mi da szczęście. Ale samotność wciąż jest, wciąż trwa,choć przykryta i przysłonięta. Przeraża mnie; nie znam jej istotnego oblicza, więc chcę od niej uciec i szukam czegoś czego by się można uchwycić. I wciąż mi się zdaje że jakaś rzecz, lub osoba, dadzą mi zadowolenie. Czyli nieustannie czegoś szukam i oczekuję. Rzucam się ku różnym rzeczom - książki, majętności, przedmioty, idee, rytuały, symbole, wreszcie ludzie, - może mi coś dadzą, może w nich znajdę zadowolenie. Więc ludzie, rzeczy, idee nabierają ogromnego znaczenia; bo przez nie spodziewamy się coś znaleźć, coś zdobyć. I poczynamy opierać się o nie, i uzależniać.

Ale z tym wszystkim coś niezrozumiane w nas, nie zaspokojone, wciąż trwa; niepokój, lęk, samotność czają się na dnie. Nawet gdy spostrzegam iż wciąż tam są, staram się ich użyć by sięgnąć w coś, poza nimi. A więc używam każdej rzeczy jako środka by znaleźć coś poza nią, a tym samym czynię wszystko pospolitym. Jeśli używam drugiego człowieka dla wypełnienia siebie, dla własnego zadowolenia, tedy on sam staje się nieważny, bo obchodzi mnie tylko moje własne szczęście. Gdy sobie wyobrażam że mogę znaleźć szczęście w jakiejś rzeczy, idei czy człowieku, czyż nie czynię z nich środków przejściowych ku czemuś, gdyż chodzi mi nie o nie, a coś innego, o sięgnięcie dalej, o pochwycenie czegoś poza nimi.

Czyż nie jest ważnie by zrozumieć tę samotność w sobie, ten cierń bólu, tę dojmującą udrękę pustki? Bo gdy to zdołam zrozumieć, może nie będę więcej używał żadnej rzeczy jako pomocy do szczęścia; nie będę używał Boga jako środka do osiągnięcia spokoju, a rytuałów dla wrażeń, natchnień i wzlotów. To co mnie toczy i zżera wewnętrznie, to moja samotność, pustka i lek. Czy nie mógłbym wniknąć w to i pojąć? Czy nie mógłbym tego zniweczyć? Czyż nie czujemy się niemal wszyscy samotni? Uciekamy do książek, radia, polityki, religii, i ... nic z tego, samotności nic daje się zagłuszyć. Możemy być czynni w pracy społecznej, możemy całym sercem wyznawać pewna formę zorganizowanej filozofii; ale cokolwiek byśmy robili, gdzieś głęboko, w nieświadomym, a może jeszcze głębiej, na samym dnie naszej istoty - samotność trwa.

Co mam z tym zrobić? Jak wydźwignąć na powierzchnię i całkowicie roztworzyć? Znów pierwszym naszym impulsem będzie potępić. Bo to, czego nie znamy przejmuje nas lękiem, a strach jest wynikiem potępienia. Wszak nie znamy właściwie samej treści samotności, nie wiemy czym ona w istocie jest. Lecz intelekt nasz już ją osądził nazywając straszną. Wydaje sad o fakcie; ma określone wyobrażenia o samotności. I właśnie te pojęcia, osądy, opinie, stwarzają w nas lęk i przeszkadzają spojrzeć wprost i wniknąć w zjawisko samotności.

Czy wyrażam się jasno? Czuję samotność; boję się jej. Dlaczego? Co wywołuje ten strach? Czy nie nasza nieświadomość co się poza nią ukrywa? Gdybyśmy znali całą jej treść i zawartość, nie odczuwalibyśmy lęku. Ale że wyobrażamy sobie czym mogłaby być, więc staramy się od niej uciekać. I to uchodzenie, ta ucieczka wytwarza strach, a wcale nie spojrzenie w samotność. Aby zostać z nią sam na sam, nie można jej potępiać. A gdy zdołam spojrzeć jej w twarz i głęboko w nią wniknąć, potrafię ją też i ukochać.

Czyż wiec samotność, której się tak obawiam jest tylko słowem? Czy nie jest to w istocie stan doniosły i ważny, który może się stać wylotem w nowe? Wylotem który, gdy weń wejdę, zaprowadzi mnie dalej i da mi poznać stan, gdy myśl musi być sama, czysta i nieskalana? Bowiem wszystkie procesy oddalające mnie od tej samotności, to uchodzenia, ucieczki, odwracanie uwagi. Jeśli zdołam żyć z tą samotnością, nie odpychając jej, może odnajdę stan, gdy istota ma będzie naprawdę sama w sobie, nie samotna a przecie sama, od niczego niezależna, samoistna, na niczym w swym poszukiwaniu nie polegająca.

Czyż nie jest konieczne poznać stan tej samotności innej, niezależnej od wszelkich warunków i być samemu w sobie, a przecie nie oddzielać się od niczego ; tej samotności co jest twórczością, gdy myśl już nie szuka ani cnoty, ani szczęścia, niczemu się nie opiera, nic nie odpycha. Tylko człowiek który jest sam, może istotnie coś odkryć; ale nie ten którego umysł jest obarczony i spaczony balastem własnych doświadczeń. Może więc samotność której wszyscy jesteśmy świadomi, jeśli zdołamy do głębi w nią spojrzeć, otworzy nam wrota w rzeczywiste.

Pytanie: Jestem zależny - głownie psychicznie - od innych. Chciałbym się od tej zależności uwolnić; wskażcie proszę, jak to uczynić.

Krishnamurti: Wszyscy jesteśmy wewnętrznie, psychicznie, od czegoś zależni; od ludzi, rzeczy, własności, idei, rytuałów itd. Jesteśmy uzależnieni, opieramy się na nich. I chcemy się uwolnić od tej zależności, bo nam ciąży. Póki znajdujemy w niej przyjemność, póki nam daje zadowolenie, nie mamy wcale ochoty z niej się wyzwalać; lecz gdy poczyna nam ciążyć, uwierać i boleć, gdy to na czym się opierałem usuwa się, więdnie, lub znika, czy też oddala się, zwracając się w inną stronę, wówczas chcę z tą zależnością zerwać i być wolny.

Ale powiedzmy sobie otwarcie czy chcemy być całkowicie wolni od wszelkiej psychicznej zależności, czy też tylko od tych, które nam są przykre? Oczywiście od tych zależności i wspomnień które mnie bolą. Nie chodzi mi wcale o uwolnienie się od każdej zależności, a tylko od tej jednej. Więc szukam drogi i sposobu oswobodzenia się i pytam innych i proszę kogoś o radę, o pomoc w wyrwaniu się spod wpływu, który mi ciąży. Nie myślę o wyzwoleniu się z całego procesu zależności.

Ale czy może mi ktoś dopomóc w oswobodzeniu się z uzależnień, czy to całkowicie, czy też częściowo, od tego, czy od wszystkich? Czy mogę wskazać drugiemu człowiekowi drogę, - a droga to technika, to metoda, to tłumaczenie? Czy, jeśli nam ktoś wskaże sposób, środki, czy metody, lub da wytłumaczenie, czy staniemy się przez to wolni? To samo zagadnienie w nas pozostanie, i ta sama w nas udręka. Żaden mój wysiłek by komuś wskazać jak i co zrobić, żadne na ten temat dyskusje, nie uwolnią go od tej zależności. Więc co ma zrobić?

Zwróćmy uwagę na doniosłość tego zagadnienia. Ktoś mnie prosi o wskazanie mu jak uwolnić się od jakiejś poszczególnej zależności, lub też od wszystkich. Metoda jest pewna interpretacją wskazującą czyn, który człowiek ma stosować i praktykować w życiu, aby uwolnić się od zależności. Ale metoda staje się nową zależnością; chcąc uwolnić się od jednej jej formy, wpada w drugą.

Ale jeśli nam chodzi o wolność całkowitą, od wszelkich psychicznych zależności, jeśli chcemy tego naprawdę, nie będziemy pytać o wskazanie metody, ani drogi. Wówczas zadajemy zgoła inne pytanie. Wówczas pytamy czy stać nas samych na uwolnienie się od tej zależności; wówczas nie powstaje kwestia jak zerwać z tą jedną zależnością, ale czy potrafię podejść do zagadnienia zależności w ogóle i całkowicie je rozwiązać. Jeśli posiadam tę zdolność tedy nie będę na nikim się wspierał; tylko gdy sobie mówię że jej nie mam, proszę: "pomóżcie mi i wskażcie drogę''. Ale jeśli czuję w sobie siłę i możność uwolnienia się od wszelkich zależności, wówczas nikogo o pomoc nie proszę.

Chyba wyrażam się jasno, nieprawdaż? Ważne jest nie pytać "jak", a raczej: czy mogę, czy mam zdolność. czy mnie stać na rozwiązanie zagadnienia. Jeśli wiem jak doń podejść, jak się do tego wziąć, już przez te samo jestem od niego wolny. Nie pytam więc o metodę, o sposób, ale o moją własną do tego zdolność.

A gdy zadajemy sobie to pytanie, "co się w nas psychicznie dzieje", co się wówczas dokonuje? Co się we mnie staje gdy świadomie pytam siebie: "czy stać mnie na oswobodzenie się od zależności?" Czy nie jesteśmy przypadkiem już od niej wolni? Dotąd liczyliśmy na kogoś, psychicznie opieraliśmy się na kimś; a teraz pytamy siebie: "czy mogę z tym zerwać i być wolny." Wydaje mi się oczywistym że w tej samej chwili gdy poważnie, rzetelnie, zadamy sobie to pytania już jesteśmy od tej zależności wolni.

Ufam że moi słuchacze nie tylko śledzą wątek naszej dyskusji, nie tylko jej słowny, zewnętrzny sens, ale i w sobie wewnętrznie to przeżywają. Tylko to jest prawdziwą sztuką słuchania. Nie chodzi bowiem tylko o słyszenie mych stów, ale i o jednoczesne wsłuchiwanie się w siebie, w to co się w nas samych w tej chwili dzieje.

Gdy wiem że stać mnie na oswobodzenie się, samo zagadnienie przestaje istnieć. Ale ponieważ mnie na to nie stać, poczynam prosić o wskazanie mi drogi. I stwarzam sobie mistrza, guru, zbawiciela, kogoś kto ma mi pomagać, kto ma mnie zbawić i polegam na nim i uzależniam się. Ale jakże prostym staje się to wszystko gdy poczuję w sobie samym tę zdolność zrozumienia i rozwiązania całego problemu ; wówczas jestem już wolny od wszelkiej zależności.

To nie ma jednak znaczyć iż mam być pełen pewności siebie. Pewność siebie która pochodzi z naszego małego "ja" niedaleko nas może zaprowadzić, gdyż zamyka nas w sobie. Ale samo pytanie "czy mogę mieć zdolność poznania rzeczywistego, odkrycia prawdy" daje nam nadzwyczajna wnikliwość i siłę. A pytanie to nie brzmi: "czy mam" - nie, nie mam jej - a "czy mogę mieć"; gdy je tak postawię w tej samej chwili odkrywam jak otworzyć wrota, które intelekt nieustannie zamyka przez swoje wątpliwości, niepokoje, lęki, przez balast własnej wiedzy i doświadczeń.

Więc gdy ogarniam całość zagadnienia rodzi się i zdolność; ale nie może jej stworzyć żaden specjalny wzór postępowania. Nie mogę ogarnąć całości poprzez część; analiza poszczególnego zjawiska, czy wypadku, nie da mi zrozumienia całokształtu. A więc czy mogę, czy zdołam ogarnąć całość, nie tylko jakąś cząstkę, ale całokształt mego życia, z jego bólem, smutkiem, radością, z tą nieustanną chęcią znalezienia spokoju, pociechy? Jeśli z całą powagą i rzetelnością postawię to pytanie, zdolność ta już we mnie jest.

A mając ją mogę rozwiązać każdy nowo powstający problem. Będą one powstawać ciągle, jak i różne zdarzenia i reakcje; to jest życie. Gdy nie wiem jak do nich podejść, jak się ustosunkować, szukam pomocy innych ludzi i pytam o metody i sposoby. Lecz z chwilą gdy zadaję sobie pytanie: "czy mogę sam mieć tę zdolność?", jest to początkiem tej wiary w siebie, która nie należy do mego małego "ja", ani też wywodzi się z nagromadzonych doświadczeń, ale tej wiary która wciąż na nowo się rodzi, nie z poszczególnych przeżyć, czy zdarzeń, a z głębi rozumienia i swobody. A wówczas mogę; odkryć to, co jest rzeczywiste.