Jiddu KRISHNAMURTI
PRZEMIANA CZŁOWIEKA

III

Gdybyśmy mogli zrozumieć jakie czynniki wywołują w nas psychiczne starzenie się i zastój, może byśmy potrafili je usunąć i pozbyć się naszej przeciętności, oraz pojąć i wyczuć co znaczy być prawdziwie twórczym. Czy nie jest naszym nieszczęściem -może jednym z największych - iż żyjemy ciągle w cieniu śmierci, na pograniczu rozkładu i upadku?

Nieustanne ciśnienie warunków, konieczności i przymusów życia, czyni z nas ludzi przeciętnych, małych, zamkniętych w sobie, jałowych; i proces starzenia się - nie tytko fizycznego, ale co gorsza psychicznego - rozpoczyna się w nas przedwcześnie.

Gdybyśmy zdali sobie sprawę czego właściwie wszyscy szukamy, może byśmy znaleźli jakaś radą na tę jałowość i martwotę.

Co jest przyczyną iż panuje w nas przeważnie tak rozpaczliwa wewnętrzna pustka, małość, nędza? Czemu wciąż za czymś gonimy, czegoś w tęsknocie szukamy, coś chcemy pochwycić, co się nam ciągle wymyka? Czyż nie czynimy tego niemal wszyscy? Jeśli postaramy się wniknąć w to i zrozumieć o co nam właściwie chodzi, czego tak uparcie szukamy, może znajdziemy odpowiedź i zdołamy powstrzymać ten uwiąd psychiczny i zastój i wyjść poza ciasną umysłową miernotę.

Spójrzmy w siebie uważnie, a przekonamy się iż powierzchniowo większość z nas dąży do materialnego dobrobytu - chcemy mieć wygody, pieniądze, najróżniejsze przedmioty, oraz przywiązanie ludzi; chcemy podróżować, używać, mieć możność robienia tego, na co mamy ochotę. Oto nasze powierzchowne pragnienia. Sięgając nieco głębiej, w następna warstwę naszej psychiki, zobaczymy: pragnienie miłości, szczęścia, swobody, zdolności do czynów doniosłych i ważnych, do działania na wielką skalę. Idąc jeszcze głębiej znajdujemy pragnienie rozwiązania zagadki śmierci, przeniknięcia poza jej zasłonę; chęć zrozumienia czym jest w istocie miłość, chęć poświęcenia, pracy dla ideału, dla doskonałego Państwa. A gdy sięgniemy jeszcze głębiej, tam będzie chęć szukania prawdy, rzeczywistości, Boga, tego co jest tak żywe i twórcze iż jest zawsze nowe.

I gubimy się wśród tych wielu warstw naszej psychiki i ich różnorodnych pragnień. Chcielibyśmy spełnienia wszystkich naraz; chcemy mieć jak najlepsze stosunki z ludźmi, i odpowiadający nam fach, i pracować w zespole, itd. l wciąż ku czemuś dążymy, czegoś szukamy, choć nieraz nie jesteśmy tego nawet świadomi. Może zresztą nigdyśmy się nad tym nic zastanawiali. Po prostu płyniemy unoszeni prądem, popychani przez okoliczności, aż przychodzi śmierć, a z nią koniec wszystkiego; a może początek nowej męki?

Chyba nigdy nie zatrzymaliśmy się aby spojrzeć w siebie i zapytać o co nam właściwie chodzi? Sądzę że jeśli potrafimy dać na to głęboką, istotną, a nie tylko powierzchowną odpowiedź, i przekonać się czym jest owo upragnione za którym gonimy, może i kwestia przeciętności i martwoty rozwiąże się również. Bo wszak jesteśmy przeważnie miernotami. Nie ma w nas nic żywego, twórczego, nic naprawdę nowego. Wszystko co tworzymy jest tak puste, jałowe i bez wartości. Czyż więc nie należy zastanowić się i sprawdzić o co nam chodzi, czego właściwie szukamy?

Spojrzawszy w siebie uważnie przekonamy się iż wciąż szukamy czegoś stałego, czegoś co by trwało - niezmiennej miłości, niewzruszonego spokoju, radości która nigdy się nie rozwieje, szczęścia które nigdy nie zblednie, piękna które nie przeminie, doskonałości która zawsze trwa.

Czyli tęsknimy do stanu trwałej, nie zamąconej radości, nieprawdaż? Wszyscy właściwie pragniemy stanu trwałości, czegoś co nie zniszczeje, czego nie zniweczy myśl, ani żadne warunki, ni choroby, więc czegoś co jest poza zasięgiem myśli; radości niezależnej od stanów organizmu, twórczości nie podległej mrożącym dotknięciom intelektu. Czyż nie tego pragniemy wszyscy? Może nie tyle w młodości, ale z wiekiem, gdy stajemy się dojrzali i bardziej myślący, czyż nie rodzi się w nas ta chęć znalezienia czegoś stałego? Można wyrazić to samo innymi słowami, ale ten jest niemal zawsze kierunek naszych dążeń i usiłowań.

A ja się spytam: Czy coś stałego w ogóle istnieje? Mogę tego pragnąć, mogę w tęsknocie mej, w walkach i zmaganiach, nieustannie do tego dążyć, mogę pragnąć stanu który się ostoi wobec wszelkich wpływów i nigdy nie zniszczeje i będzie poza zasięgiem myśli; ale się pytam czy może w ogóle istnieć stan, który nie przemija, a jest dla umysłu dostępny? Wielu z nas pragnie niezmiennej miłości, trwałych, ponadczasowych przeżyć, rzeczy niezniszczalnych, wiecznych, Do tego, jeśli sięgnąć głębiej, poza powierzchowne, chwilowe życzenia, tęsknimy wszyscy. Ale czy to pożądanie trwałości - doznań, wiedzy, czy miłości - oraz nieprzerwanej ciągłości psychicznych stanów - nie jest właśnie jedną z głównych przyczyn psychicznego starzenia się? Bo czyż może istnieć coś naprawdę trwałego? Ą jednak wciąż usiłujemy znaleźć stan który by trwał i nie zmieniał się nigdy.

Gdy jakieś przeżycie daje mi radość, chciałbym je zatrzymać, niechby trwało zawsze, niechby nic nie mogło go zakłócić. Czyli przywarłem doń i trzymam.

Ale - jeśli chcę znaleźć prawdę - czy by nie należało przede wszystkim zbadać czy coś trwałego w ogóle istnieje? A chcąc przekonać się czy istnieje coś ponad intelektem, czy nie jest konieczne uwolnić się od pragnienia ciągłości doznawanych stanów? Chcąc znaleźć źródło prawdziwej twórczości - nie tej co się wyraża w pisaniu poematów, lub malowaniu obrazów, która nie jest też tylko wynalazczością intelektu, darem czy talentem, ale tej co się wychyla poza czas i wciąż się w sobie odnawia, - czyż nie musimy być zdolni do niesłabnącego zapału, a myśl mieć wytrwałą i wnikliwą w badaniu? Ale większość z nas traci z wiekiem cały swój zapał; a nie chodzi mi o ten zapał powierzchowny, wyrażający się w pewnych czynach, w dążeniu do określonych celów, mając na widoku nagrodę; ale o ten głęboki, od niczego z zewnątrz niezależny, co wciąż bada, szuka, zgłębia i nigdy nie spoczywa w samo-zadowoleniu.

Ale aby mieć swobodę badania i dochodzenia prawdy, potrzeba prawości. Prawość dająca wolność nie jest cnotą którą można w sobie świadomie, z trudem i mozołem wyrobić; ta wiedzie tylko da zacności, do "szanowności", a te są niemal zawsze oznaką miernoty. Ale jeśli chcemy odkrywać prawdę, bez niebezpieczeństwa złudzeń, samorzutna, nie wyrabiana prawość konieczna.

Chcę się przekonać czy istnieje coś poza myślą, ponad intelektem, coś naprawdę trwałego; a żeby to stwierdzić muszę mieć swobodę w mym dochodzeniu, tę niezwykłą żywość umysłu, niezależną od fizycznych stanów; muszę być wolny, a wolność tę daje właśnie prawość, lecz nie rozmyślnie kultywowana cnota, ta stanowi tylko więzy.

A więc aby zgłębiać i odkrywać, trzeba mieć wewnętrzną czystość, świeżość, nie skalaną pamięcią dawnych doświadczeń. Bo jeśli w badaniu będziemy kierować się wspomnieniem przeszłych doznań, ono nieuchronnie zabarwi, a wiec spaczy i uwarunkuje naszą myśl. Każde nasze doświadczenie zabarwia w pewien sposób wszystkie następne; wszelka nabyta wiedza wpływa, a więc warunkuje, dalszą; gdyż każde nowe doznanie tłumaczymy sobie w świetle już znanych. Wynika z tego iż żadne doświadczenia nie są wyzwalające, raczej zawsze warunkują nas i uzależniają.

A czy nie może myśl nasza być "czystą", a cała psychika świeżą i "niewinną", tj. wolną od nabytej wiedzy, od wspomnień dawnych przeżyć? Tylko to byłoby czystą, młodzieńczą świeżością, nieprawdaż? Umysł obarczony wiadomościami, bogaty w doświadczenia i pamięć wielorakich doznań, jest daleki od świeżości.

Więc jeśli chcemy przekonać się czy istnieje jakiś stan trwały, musimy mieć prawość, zapał i ową czystą świeżość myśli i całej psychiki. Tylko wówczas zdołamy wyjść poza działanie wyobraźni; bo gdy intelekt z pomocą wyobraźni szuka, nie może znaleźć nigdy tego, co jest prawdziwe; może tylko rzutować projekcje swoich przeszłych doświadczeń, a więc to, po znajduje będzie tylko wynikiem dawniej nabytej wiedzy, uprzednio przeżytych doznań, czyli jego własnych ograniczeń.

Czy możemy w ogóle odkryć czym jest istotna twórczość, prawda, Bóg, jakimkolwiek imieniem chcemy to nazwać? A tylko to czyni nową rzecz wszelką. Choćbym przebywał ze śmiercią, jeśli znam tę twórczość, sama śmierć nabiera innego znaczenia. Ta prawda wyzwala; ta twórczość uwalnia nas od martwoty, od starzenia się, od przeciętności. Jeśli to jest to czego szukamy, trzeba nam jasno zdać z tego sprawę, aby nie stwarzać już złudzeń i dać myśli taka swobodę, aby mogła naprawdę odkrywać - a to oznacza spokój, ogromny, niewzruszony spokój; zawiśnięcie myśli w niezmiernej ciszy, bowiem tylko w takim spokoju myśl może coś naprawdę odkrywać. Nie można prawdy, ni twórczości ku sobie ściągnąć; przyjść sama. Nie można Boga przywołać; przychodzi Sam. Ale nie może przyjść dopóki w nas nie ma wolności; a tej nie mogą nam dać żadne metody, ćwiczenia, ani reguły.

Widzimy więc że jest to sprawa złożona i niełatwa.

Nieświadomie wciąż pożądamy jakiejś trwałej wartości, z całą tęsknotą dążymy do znalezienia jakiegoś niezmiennego stanu; i właśnie samo to pragnienie ciągłości, stałości i bezpieczeństwa, wytwarza przeciętność i martwotę, bez-życie. Bo u podłoża wszystkich naszych poszukiwań jest chęć zabezpieczenia się, psychicznego schronienia się w jakąś niewzruszoną pewność. Czyż tak nie jest? I wszelkimi, nieraz okrężnymi sposobami, usiłujemy ja zdobyć. Ale gdy raz do głębi zrozumiemy że nic nie może nam jej dać, bo taka rzecz jak psychiczne bezpieczeństwo w ogóle nie istnieje, martwota nasza znika; bowiem nie mamy wówczas nigdzie żadnego schronienia. Zastój i martwota są możliwe tylko tam, gdzie coś trwa w nie przerywającej się ciągłości, gdzie nic nie mija; ale tam gdzie coś się w każdej chwili kończy i umiera, tam się też i nieustannie odnawia; ale ta odnowa jest poza ciągłością i czasem.

Proszę nie sądzić że to co mówię jest czymś mistycznym i dziwnym. Jeśli każdy z obecnych naprawdę się w to wsłucha, może sam bezpośrednio przeżyć coś, co go uwolni od tej potwornej chęci schronienia się w jakiś spokojny bezpieczny kąt. Tylko w swobodzie myśli, w istotnej wolności możemy poznać rzeczywistą twórczość.

Pytanie: Co właściwie chce mówca czynić i czy istotnie to czyni? czy też po prostu mówi bo lubi przemawiać?

Krishnamurti: Pozwólcie mi, moi słuchacze, zadać wam z kolei pytanie: a po co właściwie znaleźliście się wszyscy tutaj? Dlaczego chcecie mnie słuchać? Po co przychodzicie na te zebrania? Ja mogę powiedzieć dlaczego mówię, ale jest stokroć dla was ważniejsze znaleźć odpowiedź dlaczego jesteście tutaj. Bo jeśli sprowadza was chęć wysłuchania jednego więcej przemówienia, czy wykładu, lub też ciekawość, chcąca uchwycić coś dziwnego i tajemniczego, w takim razie jest to zupełną stratą czasu. Ale jeśli przyszliście chcąc samym coś przeżyć i odkryć, wówczas zrozumienie stosunku pomiędzy mówcą a słuchaczami staje się ważne. Jeśli mam być tym, który poucza, a słuchacze moi tymi którzy będą przyjmować "nauki" i według nich postępować, wówczas nie odkryjecie nic, będziecie tylko naśladowcami. Nie będzie to twórcze i nie zaznacie odnowienia. A jeśli słuchanie jest tylko po to by poznać jakiś stan, jakieś wzruszenie, które można przyswoić jako własność i zabrać ze sobą do domu, w takim razie nie łączy nas żaden wzajemny stosunek.

Lecz jeśli w miarę słuchania, każdy zdoła obserwować siebie samego, jak jego umysł pracuje - a to stanowi całe zagadnienie naszego życia - jeśli zdoła to ujrzeć i zrozumieć, wówczas jego obecność tutaj ma sens i cel. Jeśli w miarę słuchania coś się w nas zbudzi, coś się w każdym głęboko poruszy, jeśli się w nim dokona istotna przemiana, rewolucja wewnętrzna, - a ta zawsze przynosi ze sobą szersze spojrzenie, głębsze pojmowanie - w takim razie obecność jego tutaj ma na pewno wartość i duże znaczenie.

Co staram się czynić? Mówienie jest tylko środkiem porozumiewania się, nieprawdaż? Otóż chcę coś powiedzieć, coś przekazać, może to, jak znaleźć prawdę i rzeczywiste; nie metodę, nie żaden system, ale wprost skąd zacząć, jak się do tego wziąć. A jeśli ktokolwiek z moich słuchaczy potrafi to sam znaleźć, nie będzie już jednego mówcy, a będzie nas wielu, wszyscy będziemy mówić, wszyscy będziemy wyrażać tę rzeczywistość naszym życiem, gdziekolwiek się znajdziemy. I właśnie to jest ważne. Bo jeden, samotny głos mało może w tym świecie hałasu i gwaru. Ale jeśli każdy z nas będzie odkrywał prawdę, wówczas będzie nas wielu i może zdołamy stworzyć zupełnie nowy świat. Oto dlaczego mówię i - ufam - dlaczego moi słuchacze są tutaj. Aby każdy z nas stał się w sobie żywy, twórczy, swobodny w wykrywaniu prawdy, Boga, rzeczywistości; nie kiedyś, w dalekiej przyszłości, a teraz, zaraz, w każdej chwili, a bez chęci gromadzenia czegokolwiek bądź.

Prawdy nie można gromadzić. To co się daje uskładać więdnie zawsze i niszczeje. A prawda nie niszczeje nigdy; można ją odkrywać tylko od chwili do chwili, w każdej myśli, w każdym słowie i geście, w każdym z innymi stosunku, w łzach i w uśmiechu. I jeśli zdołamy to poznać - a samo życie jest jego odkrywaniem - wówczas nie będziemy powtarzać cudzych słów, a będziemy twórczymi, żywymi ludźmi - nie doskonałymi, a właśnie twórczymi - a to wielka różnica. Oto dlaczego mówię i może dlatego słuchacze moi znaleźli się tutaj.

Pytanie: Jak mogę uwolnić się od moich ograniczeń?

Krishnamurti: Jest to nader ważne i złożone pytanie, więc postarajmy się wniknąć w nie cierpliwie: a może sięgając w głąb, do dna tego zagadnienia, zdołamy od razu uwolnić nasz umysł od jego ograniczeń.

Większość z nas jest ograniczona i zależna. Możemy nie zdawać sobie z tego sprawy, ale jako chrześcijanie, Anglicy, Francuzi czy Niemcy, lub np. jako socjaliści, jesteśmy wszyscy uwarunkowani, czyli mamy pewne określone przekonania, doświadczenia i wiedzę. Pewne wierzenia zostały nam od dzieciństwa narzucone, przez wychowanie i różne formy przymusów; a nasze własne przeżycia ograniczyły nas również. Jesteśmy ograniczeni w dziedzinie religijnej, politycznej, ekonomicznej i wielu innych; świadomie dla nas samych, lub nieświadomie. Być może nie zdajemy sobie z tego sprawy, niemniej jest to niezaprzeczalny fakt. A gdy nagle uświadomimy to sobie, cóż się wówczas w nas dzieje?

Jestem np. świadom iż jako Hindus jestem ograniczony pewnymi wierzeniami; a że mnie nie zadowalają chcę je zmienić i zwracam się do innego rodzaju wierzeń, np. przyjmuję chrześcijaństwo, lub buddyzm, albo zostaję socjalistą. Czyli zwracam się do tego, co mi się w danej chwili wydaje lepszym, staram się zerwać z tym, teraz przechodząc od ograniczonego stanu w którym dziś żyję, do innego, który ma być lepszym, a jest tylko innym ograniczeniem. Tak dzieje się ciągle, zawsze.

A moje obecne rozpatrywanie nie jest dowodzeniem, ani kwestią do dyskusji, jest tylko stwierdzeniem faktu, tego, co się wciąż przed naszymi oczami dzieje.

Przechodzimy z jednego stanu ograniczenia w drugi, który się nam wydaje szerszy, bardziej pomocny, mający większe znaczenie i wartość. I gdy pytający mówi: "czy mogę uwolnić się od ograniczeń?" czy ma na myśli uwolnienie się zupełne, całkowite, czy też chce znaleźć jakąś lepsza, ale także ograniczającą formę? Np. czy ja, jako Hindus, chcę przełamać i zerwać ze wszystkim co mnie jako Hindusa uzależnia, czy też znaleźć jakiś lepszy, ale także nie pozbawiony zależności stan?

Niech mój słuchacz zada sobie to pytanie, bo od tego zależy właściwa odpowiedź, istota i prawda zagadnienia. Jeśli jestem świadom mych uzależnień, czy chcę wyrwać się z nich całkowicie, czy też tylko pragnę wejść w inną, wyższą zależność? Jeśli tylko to ostatnie, cała sprawa wygląda inaczej. Może się znajdzie, a może nie znajdzie, taki stan lepszej zależności, może to być tylko nowe złudzenie w które uwikła się myśl. Lecz jeśli chcę zrozumieć i przełamać wszystkie moje ograniczenia, mój problem jest zgoła inny. Wówczas nie myślę wcale o przejściu w co innego, obchodzi mnie natomiast jak sobie zdać sprawę z całości procesu uzależniania się i ograniczania.

A gdy poczynam być tego świadom, cóż się okazuje ograniczającym czynnikiem? Jestem np. wyznawcą hinduizmu; cóż to oznacza - pewne tradycje, wierzenia, zwyczaje, itd., które są wszystkie pojęciami, wyobrażeniami; nieprawdaż? Ktoś inny jest chrześcijaninem i jest uzależniony zespołu innych pojęć, wierzeń i wyobrażeń. A więc to idea, myślowe wyobrażenie nas ogranicza, i dopóki przyjmujemy pewne idee i pojęcia myślowe, ograniczenia nasze będą trwały. Póki wyznaję pewne wierzenia hinduizmowi właściwe, ta wiara mnie ogranicza. Dopóki wierzę w pewne określone rodzaje i formy zbawienia, jestem od tych pojęć zależny. A więc czynnikiem ograniczającym są pojęcia, idee, wyobrażenia.

A gdy ktoś mówi "chcę być wolny od ograniczeń", co jest naszą natychmiastową, bezpośrednią reakcją? Czy jasne jest moje pytanie? Tzn. gdy mówię "chcę być wolny od ograniczeń", powstaje od razu pytanie: "jak się mam od nich uwolnić?" nieprawdaż? I to "jak" staje się niezmiernie ważne, "jak" jest właśnie naszą bezpośrednią reakcją. Więc z chwilą gdy zdaję sobie spławę iż podlegam różnym ograniczeniom i widzę doniosłość uwolnienia się od nich, pierwszym powstającym pytaniem jest: "jak mam to zrobić?"

I owo "jak" staje się znów pojęciem, myślowym wyobrażeniem jak należy to zrobić, schematem, wzorem według którego mam działać, a więc nowym ograniczeniem. Więc dopóki patrzę na swe ograniczenia z myślą jak je przezwyciężyć, to pojecie "jak" stwarza nowy schemat i znów mnie uzależnia.

Sprawdźmy jak patrzę na swe ograniczenia, poprzez pojęcia, idee? czy też wprost, od razu je przełamuję? Nie wiem czy dostatecznie jasno to wyrażam, a sadzę iż jest naprawdę ważne przekonanie się czy mamy do czynienia z pojęciem, czy też z faktem. Bo gdy np. nazywam siebie socjalistą, oznacza to iż mam pewne określone pojęcia i przekonania, a gdy chcę je przekroczyć, czynię to zazwyczaj przez wprowadzenie nowej serii pojęć; tak zwykle się dzieje. Czyli mam wciąż do czynienia z pojęciami, ideami; a wszak oczywistym jest iż właśnie one są czynnikiem ograniczającym.

Więc dopóki obracam się w obrębie pojęć, będę zawsze od nich uzależniony. Bo cały mój stan zależności i ograniczenia sprowadza się do zamknięcia się w pewnym kręgu wyobrażeń; a wyjść z niego mogę tylko nie przez przyjęcie nowych, a przez odrzucenie wszystkich.

Np. jako chrześcijanin wierzę w Zbawiciela, jest to idea. A chcąc nie być od niej zależny, nie mogę wprowadzać jakiejś innej idei na to miejsce; jednak wciąż wszyscy to robimy. Mogę być wolny tylko gdy nie tworzę pojęć ani wyobrażeń. A więc umysł uzależniony nic może się nigdy oswobodzić przez żadne idee i pojęcia, bowiem one właśnie, jak i wierzenia i przekonania, warunkują go i ograniczają. Dopiero gdy umysł przestaje tworzyć idee i pojęcia, może natychmiast stać się wolny od ograniczeń.

Pytanie: W przeszłości czyniłem źle, krzywdziłem. Jak mogę zdobyć teraz spokój?

Krishnamurti: Czyż nie robimy wszyscy błędów? Wszyscy krzywdzimy innych i błądzimy, nieraz poważnie, i to pozostawia w nas ślady, żal, skruchę. Jak uwolnić się od popełnionego błędu? Czy skrucha go zniweczy i zetrze? Stał się. Czy mój żal może to zmienić, a wyznanie winy, nazwanie jej grzechem, może ją cofnąć? Cóż więc może uwolnić moją myśl i świadomość, całą moja istotę, od poczucia tej winy?

Jest to zagadnienie aktualne dla każdego z nas. Gdy powiemy "nie powinienem nigdy popełniać błędów", stawiamy przed sobą ideał - doskonałego człowieka - co jest znów ideą i pojęciem, które nas uzależni. Wszyscy robimy błędy, to fakt; ale jaki ma być nasz stosunek do uczynionego błędu, do poważnej przewiny?

Postarajmy się prześledzić jak się zachowuje myśl w stosunku do tego faktu, jak nań reaguje. Wiem iż popełniłem błąd; skrzywdziłem kogoś. Co mam z tym zrobić? Mogę pójść do danej osoby i prosić o wybaczenie, ale fakt pozostaje faktem - skrzywdziłem. Jak na to myślowo reaguję? Co jest moim następnym ruchem? Chcę to naprawić, nieprawdaż? Po części naprawiłem już prośbą o wybaczenie, a jest to zwykła, najprostsza rzecz która się robi. Ale błąd, krzywda, nie zmieniła się przez to, a trwa. Czyż nie jest więc ważne sprawdzić jak mój intelekt na to reaguje? Czy nie myśli o tym fakcie wciąż, rozszerzając go, powiększając, rozbudowując, czy nie potępia go ciągle od nowa, czyli nieustannie go przeżuwa, i pochłonięty nim wciąż wokół niego się kręci? Czyż nie robi tego większość z nas? I owe ciągłe przeżuwanie w myśli błędu który się już stał, zmienia się w nowy błąd. Stąd powstają pojęcia żalu, skruchy; przebaczenia; a więc dalsze krążenie myśli wokół tej winy. Stało się, została popełniona. Usiłowaliśmy ja naprawić, a dalsze skupianie na niej myśli jest tylko inna formą tego samego usiłowania, ale daremną i bezowocną. Więc to rozpamiętywanie krzywdy, błędu czy pomyłki, i skupianie na nich myśli, tylko je utrwala, czyli zmienia w rodzaj "idee fixe", więc stwarza nową, poważną wewnętrzną przeszkodę.

Fakt się stał - popełniłem błąd; wszystko co mi teraz pozostaje do zrobienia to prześledzić dlaczego myśl nie tylko wciąż się kreci wokół tego faktu, ale jest przerażona możliwością popełnienia nowego błędu w przyszłości. Wszak póki żyjemy - błądzimy; komuś wciąż, w ten czy inny sposób, robimy przykrość. Choć nie chcemy dotknąć jeden drugiego, jednak wciąż to czynimy, w różny, nieraz bardzo subtelny sposób. Cóż więc mam począć? Czy mam się usunąć w samotnię? Samo moje istnienie, nawet oddech mój, ciągle coś niszczy; żyję kosztem innych, a inni żyją kosztem moim. Widząc to czy mam uciec w odosobnienie i wcale się nie ruszać?

Ale jeśli znajdę właściwe ustosunkowanie się do mych pomyłek i błędów będę wolny, i będę wiedział co mam robić. Nie mówię sobie wtedy iż doskonały człowiek nie robi błędów i że nie powinienem ich więcej popełniać; a po prostu patrzę na nie jasno, odważnie, uznaję za błędy i zostawiam, nie zajmuję się nimi więcej. Czyż taki stosunki nie jest możliwy?

Tylko taki może nam dać swobodę myśli: widzieć jasno uczyniony błąd; przyznać to otwarcie, uczciwie, zrobić wszystko co jest możliwe aby go naprawić, a wtedy zostawić i więcej się nim nie zajmować.

Potrzeba na to dużego rozumienia i pewnej subtelnej swobody. Wiedzieć iż jestem zdolny do popełniania błędów, a zarazem nie stosować się w życiu do żadnego wzoru postępowania; to uniezależnia myśl i daje swobodę - może zresztą do czynienia nowych błędów. Ale najważniejszym jest znaleźć do nich właściwy stosunek - zobaczyć, uznać, stwierdzić i zostawić; nie troszczyć się, nie myśleć o więcej.

Pytanie: Czy istnieje możliwość osiągnięcia doskonałości przez jednostkę i stworzenia przez to samo doskonałego społeczeństwa?

Krishnamurti: Czy może jednostka, pyta mój słuchacz - tj. każdy z nas - stać się doskonały i stworzyć doskonały świat. Znów mamy tu do czynienia z pojęciem i wyobrażeniem, nieprawdaż? Człowiek doskonały to ideał, to typ człowieka który sobie wyobraziłem jako doskonały. Intelekt wytworzył sobie taki wzór i rzutuje go jako swoją projekcję, a ja mam żyć według niej. Intelekt tworzy sobie ideę doskonałego Państwa, a my mamy starać się je zbudować. Czyli gdy pytamy "czy człowiek może być doskonały", mamy do czynienia tylko z intelektem; tak samo gdy mówimy: "chcemy stworzyć doskonałe Państwo", obracamy się wciąż w dziedzinie intelektu. A gdy, kierując się intelektualnymi pojęciami doskonałości, poczyna się wprowadzać w życie reformy, aby takie doskonałe Państwo zbudować, towarzyszy temu zawsze okrucieństwo, obozy koncentracyjne, likwidowanie przeciwników, tyrania, itp. znane nam wszystkim metody. Póki uważamy iż można z człowieka zrobić doskonałość, nie będzie końca brutalności i przemocy. Myśl zajmuje się wówczas ideami, wyobrażeniami, a te są zawsze oderwane od życia.

A czy nie moglibyśmy wprost bezpośrednio odkrywać rzeczywistego, prawdy samej, a nie pojęć o niej? Czy intelekt nasz mógłby "pozwolić" by prawda sama zaistniała, nie wtrącając się i nie przeszkadzając swymi ideami? Jeśli zdoła, wówczas stosunek człowieka do człowieka, jak i człowieka do społeczności zupełnie się zmienia. Wszak chcąc stworzyć doskonałe Państwo,nie tylko siebie zmuszam do życia według pewnego intelektualnego schematu, ale przynaglam gwałtem i innych by wtłaczali swe życie w ten idealny wzór. Człowiek doskonały nie jest nigdy człowiekiem wolnym. Idea że człowiek ma się stać doskonały, jest najbardziej materialistycznym ujęciem jego celu i nie ma nie wspólnego z duchowością.

Ale człowiek może znaleźć prawdę, rzeczywiste, Boga. A wówczas prawda będzie działać sama i stworzy zupełnie inny stan od tego, który intelekt dziś sobie wyobraża jako doskonały. Toteż trzeba przede wszystkim szukać prawdy i rzeczywistego, a nie pytać jak się stać doskonałym lub udoskonalić społeczeństwo.

Więc zbadajmy czy umysł nasz, tak zależny i uwarunkowany, oglądający się nieustannie za doskonałością, jako formą zabezpieczenia się, mógłby uwolnić się od tej idei, a zwrócić do szukania prawdy i rzeczywistego. Nie wiemy czym jest prawda. Intelekt umie obracać się tylko w kręgu pojęć i wyobrażeń, ale nie jest w stanie dotknąć bezpośrednio faktu, tj. tego co jest. Może to tłumaczyć, wyjaśniać, roztrząsać, rozumować; ale myślenie to nie fakt. Więc dopóki mi chodzi o doskonałość, nie szukam prawdy, ani Boga. A gdy dążę do doskonałego Państwa, stwarzam nieuniknienie społeczność w której przymus, tyrania i wszelkie formy gwałtu stają się nieodzowne. Lecz jeśli chcę znaleźć rzeczywiste i prawdę, owo nieznane i niepoznawalne, wówczas istotnie świta możliwość stworzenia innego świata.

Ale aby znaleźć nieznane, niewiadome, myśl musi ucichnąć, zawisnąć w nieskończonym spokoju, nie może rzutować wciąż projekcji swych wyobrażeń, bo właśnie one uzależniają nas i warunkują. A umysł uwarunkowany nie jest wolny. Dopiero gdy nie tworzy żadnych obrazów i pojęć jawi się w nim możliwość przyjęcia tego co jest prawdziwie twórcze.