Jiddu KRISHNAMURTI
PRZEMIANA CZŁOWIEKA

II

Czyż nie jest oczywiste iż umysłowość ograniczona, tj. nastawiona w pewnym określonym kierunku, zacieśniona i uzależniona od różnych wierzeń, przesądów i zasad postępowania, ograniczona własnymi doświadczeniami, jest jedną z głównych przyczyn dzisiejszego chaosu? Taki umysł wciąż stwarza chaos wokoło. A każdy z nas jest uzależniony od różnych czynników; jeden jako chrześcijanin, drugi jako wyznawca hinduizmu czy buddyzmu; jeszcze inny jako komunista, czy socjalista, itd. itd. Czy ta zależność jest nam narzucona z zewnątrz przez wychowanie, czy też niewoli nas od wewnątrz, przez napór naszych własnych lęków, przeżyć, doświadczeń i nabytej wiedzy, czy też specjalnych zdolności, zawsze jest zależnością i ograniczeniem, a istota tak uwarunkowana nie może być wolna. Jest to chyba oczywiste. Sądzę, że tylko w zupełnej swobodzie można odkryć prawdę; dopóki podlegamy różnym ograniczeniom, nie jesteśmy w stanie jej odkryć. A tylko w poznaniu tego, co jest prawdą może zaistnieć harmonia i istotna miłość wśród ludzi.

Czy jest możliwe uwolnić się od tych ograniczających wpływów? I co jest w nas czynnikiem który powoduje to uzależnienie? Jeśli odnajdziemy w sobie ten czynnik, nie robiąc przy tym żadnego wysiłku aby się odeń uwolnić, może odkryjemy co znaczy być wolnym od różnych ograniczeń i uzależnień jakie samiśmy sobie narzucili.

Wszak każda społeczność, każda gromada ludzka, jak i religia narzuca nam pewne pojęcia; od dzieciństwa podlegamy pewnym wpływom i ciśnieniom. Klimatycznym, geograficznym, socjalnym, ekonomicznym, religijnym, które nieustannie działając wywierają nacisk na naszą psychikę. I nie zdaje mi się abyśmy byli w stanie wyrwać się spod tego narzucającego się nam od dzieciństwa ciśnienia, jak i spod wpływu swych własnych urobionych pojęć i zdobytych doświadczeń. Doświadczenie jest punktem stycznym przeszłości z teraźniejszością w chwili naszej reakcji.

Czy jest w ogóle możliwe uwolnić się od tego wszystkiego? Wszak dopóki jestem buddystą, hindusem czy chrześcijaninem, będę zawsze myślał o prawdzie, o Bogu, w obrębie pewnych schematycznych pojęć w których się wychowałem, będę np. wierzył że tylko jeden kościół zapewnia zbawienie; a myśląc w innym schemacie, że tylko jeden ekonomiczny system może ocalić ludzkość. Albo też będę miał różne wierzenia i przekonania, wyrobione czy też narzucone przez moje własne lęki, troski i obawy. A tak zacieśniony i spętany umyśl nie może nigdy znaleźć prawdy. Może tylko widzieć to, do czego z góry został przygotowany. Jeśli myśl jednego człowieka urabiano na jedną modłę, a drugiego na inną, konflikt pomiędzy nimi będzie nieunikniony; spory oraz starcia w działaniu, w czynie, jak i we wzajemnych stosunkach muszą zaistnieć. Wszyscyśmy byli wychowani w pewnych schematach myślenia; każda odrębna gromada ludzka uważa iż tylko ona znalazła prawdę i pewność, i wierzy że jej droga jest najlepsza. Ale życie jest ciągłym ruchem; żaden poszczególny system myśli nie jest w stanie go objąć; toteż mamy ciągłe rozmijanie się naszej ograniczonej psychiki z żywym, wciąż nowym stającym się życiem.

Rozumiejąc to zadajemy sobie pytanie: "czyż nie jest możliwe uwolnić się od tych zacieśnień i ograniczeń?" Ale wszystko co możemy świadomie zrobić to nieco ulepszyć i rozszerzyć nasza umysłowość, umoralnić i uspołecznić nasza naturę; ale to jeszcze nie uwalnia nas od zależności. A czyż tak ograniczony umysł może poznać prawdę? Cóż jest tym czynnikiem który go ogranicza i trzyma w więzach?

Może gdy zobaczymy jasno ten czynnik, zdołamy go też prawie natychmiast przekroczyć i wychylić się poza te ograniczenia; stopniowe uniezależnianie się myśli nie jest możliwe, bo w samym tym procesie człowiek popada w inne, nowe ograniczenia.

Cóż więc jest tym czynnikiem? Czy nie jest nim skłonność do zdobywania i trzymania nabytego? Umysł nasz nieustannie chce coś zdobywać - wiedzę, doświadczenia, pewność, bezpieczeństwo, i staje się sam lamusem, składem swoich dóbr i patrzy na wszystko nowe przez pryzmat tego co już zdobył. Dopóki jest tak żądny zdobyczy i kieruje się impulsem gromadzenia, oczywiście ciągle siebie ogranicza i nigdy nie może być wolny; jest uwikłany we własne zdobycze, uzależniony od własnej wiedzy, ograniczony przez własne umiejętności.

Czy nie moglibyśmy uwolnić się od tej chęci zdobywania i zatrzymywania nabytego, czy to będzie wiedza, czy doświadczenia i umiejętności? Czy nie moglibyśmy niejako rozluźnić chwytu i nie trzymać się owych doznań, przeżyć, doświadczeń - niech płyną; a sami pozostać swobodni i nie związani? Czy nie mógłbym np. zobaczyć jakie są moje specjalne ograniczenia jako wyznawcy Hinduizmu, Chrześcijaństwa, czy jakiegoś innego systemu myślenia; jak one powstały i jak mnie warunkują - społecznie i moralnie - jak wpływają na mój stosunek do ludzi? Czy nie mógłbym zauważyć jak bardzo czuję się w tych myślowych granicach bezpieczny, pewny siebie i swoich własności - wiedzy czy doświadczenia? A czy nie można by używać wiedzy dla działania, nie dopuszczając by jedno lub drugie - wiedza lub czyn - wiązało nas i ograniczało nasza myśl?

Trzeba te rzeczy przemyśleć i przeżyć. Nie chodzi tu o udowodnienie ani przekonanie kogoś o słuszności pewnej postawy. Mamy razem zbadać czy można, przy całym naszym uzależnieniu, uwolnić się odeń wewnętrznie, dogłębnie i całkowicie. Bo może naprawdę zaistnieć wówczas możliwość tak wielkiej wewnętrznej swobody, iż zdołamy odkryć czym jest prawda, rzeczywiste, czym jest Bóg. Ale zdaje mi się iż jeśli nie potrafimy wyzbyć się tej nieustannej żądzy zdobywania - czy to w dążeniu do stawania się i zostania "kimś", czy też zabezpieczenia się w jakiejś osiągniętej pewności - jeśli nadal będziemy trzymać i skrzętnie gromadzić wszystko cośmy poznali i przeżyli, myśl nasza pozostanie zawsze uwarunkowana.

Przeżywamy i doświadczamy czegoś nieustannie, ale czy nie moglibyśmy odczuć, doznać i skończyć z tym, niech płynie dalej; nie chwytać tego, nie zatrzymywać, ani się z tym nie utożsamiać, mówiąc: "moje".

Jeśli zdołam nie tylko wyobrazić abstrakcyjnie i przyjąć intelektem jako pewną możliwość, ale i wczuć się do głębi i bezpośrednio przeżyć tę prawdę że zawsze zdobywam, gromadzę, a potem dopiero działam, gdy ujrzę to jasno, może potrafię też wniknąć w stan, gdy się czegoś doznaje, coś przeżywa, a przecie nie utożsamia się z tym i weń nie wplątuje, a pozwala mu się przejść, przepłynąć. W tym stanie jest wolność, ta istotna, nie owa domniemana w kręgu naszych uzależnień.

Wyznawca chrześcijaństwa, czy hinduizmu twierdzi że jest wolny, ale to nie jest wolność. Czuć się wolnym w ramach pewnego określonego systemu myślenia nie jest wolnością, jest uwarunkowaniem, i w tym stanie nie da się poznać tego co najwyższe i rzeczywiste. Każda projekcja uwarunkowanego intelektu będzie wciąż rezultatem jego uprzednich przeżyć, czyli wynikiem jego przeszłych zacieśnień i zależności. Czy więc istnieje możliwość abym widząc swe ograniczenia, poznawszy przyczyny i czynniki które mnie zacieśniają, był ich tak jasno świadom, abym bez żadnego z mej strony wysiłku, ani udziału woli, pozwolił wszelkim doświadczeniom i doznaniom płynąć swobodnie, a nie dał się w nie wplatać, ani zniewolić? Wszak intelekt nasz to pamięć, nieprawdaż? To przeszłość, to wytwór czasu. I większość z nas żyje pamięcią, żyje wciąż wśród wspomnień. Wprawdzie nie można umyślnie odwrócić się od pamięci i usunąć wspomnień, ale można pozwolić im płynąc niejako mimo nas, bez narzucania się i zabarwiania naszej myśli, i nie zatrzymywać jej na żadnych miłych czy przykrych wspomnieniach. Właśnie to najbardziej nas ogranicza, owo wpatrywanie się w jakieś poszczególne wspomnienia; zajmowanie się pamięcią, czy to dzieciństwa, czy wczorajszego przeżycia, które trzymamy i uważamy za własne. Czy moglibyśmy wniknąć w cały ten proces zdobywania i uwolnić się odeń?

Nieraz twierdzimy iż nie można być wolnym dopóki istnieje zależność ekonomiczna, ale któż wie czy nie będzie ona istnieć zawsze? Nie sądzę aby wolność była z nią związana. Może nie należy jej szukać w fizycznym dobrobycie i wygodach, a raczej w wyzbyciu się chęci zdobywania i wynikających zeń ograniczeń, w swobodzie od wszelkich zacieśnień, co daje równowagę i spokój myśli; w stanie ciszy wewnętrznej, nie dającej się zakłócić żadnym cieniem, żadnym przeżyciem. Stan taki jest nieodzowny jeśli chcemy poznać prawdę i twórczość istotną.

Pytanie: Jestem nieustannie głodny, gdzie mogę znaleźć coś co by zaspokoiło na zawsze ten głód?

Krishnamurti: Chcemy znaleźć zadowolenie, wewnętrzny "dobrobyt", nieprawdaż? Chcemy wypełnienia siebie, wyrażenia się w jakimś czynie, idei, osobie. I próbujemy jednego po drugim - wstępujemy do różnych stowarzyszeń, zrzeszeń, grup; chwytamy się pewnych idei i wierzeń, by odrzucić je gdy przestają nas zadowalać i dawać to, czego chcemy. Wciąż szukamy, gonimy i wciąż jesteśmy głodni. Głód jest przykry tylko gdy nie ma czym go zaspokoić, ale cierpienie znika gdy znajdzie się coś co go może uśmierzyć. Więc cierpienie trwa poty póki nie znajduję strawy by głód ukoić, gdy ja zdobędę - męka ustaje.

Będąc wewnętrznie głodny, niecałkowity i sobie niewystarczający, pełen zatorów i zahamowań, chcę znaleźć coś, co by mi dało trwałe zaspokojenie i nieustające szczęście. I wciąż szukam i próbuję jednej rzeczy po drugiej. Czyż nie robimy tego wszyscy? Będąc niezadowoleni, zgnębieni, głodni, chcemy gdzieś znaleźć wyjście, radość, szczęście, gdzieś gdzie by nie istniały już przeszkody i zahamowania. I staramy się uśpić swe niezadowolenie, zagłuszyć głód, rozumowaniem, teorią, doktryną, albo utożsamieniem się z Państwem, rzuceniem się w pracę społeczną, lub wstąpieniem do jakiegoś towarzystwa, czy religijnego zrzeszenia. Ale głód wciąż trwa; niepokój, lęk, niezadowolenie nie ustępują.

A może byśmy spytali siebie: dlaczego nie miałbym być niezadowolony? Czemu niezadowolenie ma być złe, lub niepożądane? Jest ono męczące tylko wówczas gdy chcę je usunąć, samo w sobie nie jest bolesne. Dopiero gdy chcę znaleźć zadowolenie i w porównaniu z nim, staje się udręką. Więc będąc niezadowolony szukam zadowolenia, a nie mogąc go znaleźć - cierpię.

Chodzę tedy kołacząc od jednych drzwi do drugich, od jednego nauczyciela, lub świętego, do drugiego, bo chcę za wszelką cenę zaspokoić głód i znaleźć nieprzerwany spokój. W sobie czuję zamęt, przygnębienie, niepokój, nie umiem z nich wyjść i nie wiem jak ten stan zmienić; stąd cierpienie.

A czy nie mógłbym zrozumieć czym jest samo w sobie niezadowolenie, zamiast pytać jak je zmienić?

Jak znaleźć zadowolenie? To bardzo proste. Mogę zażyć usypiającą lab podniecającą pigułkę; zamknąć się w pewnych wierzeniach, rzucić się w wir społecznej, czy politycznej płacy, lub pójść za jakimś, nigdy nie kwestionowanym autorytetem itp.; wcale nie jest trudno znaleźć w tym wszystkim zadowolenie. Ale poza nim, gdzieś na dnie, będzie się wciąż ukrywał lęk i ból. A jeśli zechcę wniknąć i zrozumieć czym jest samo w sobie niezadowolenie - ten płomyk w nas, to coś wciąż żywe, niespokojne, co pyta, wątpi, bada i nigdy nic daje się uciszyć, wówczas to wniknięcie i zrozumienie może się okazać rzeczą istotną, a wcale nie znalezienie jakiegokolwiek zadowolenia.

Tylko jeśli mnie nie stać na ciągłą czujność, badanie, śledzenie co się we mnie dzieje i kształtuje - myśli, uczuć, doznań - jeśli nie stać mnie na wątpienie i dociekanie - tylko wtedy niepokój i niezadowolenie stają się cierpieniem. I powstaje chęć ujścia,ucieczki w coś, co na zawsze ukoi ten głód.

Ą czy nic należałoby właśnie pozostać z tym głodem sam na sam, i nie szukać łatwych drąg by go uśmierzyć? To niepokojące niezadowolenie, to dojmujące uczucie głodu prawdy, to palące pragnienie by dociec co nią jest, ten wewnętrzny rewolucyjny stan, czyż nie są one ważne, a nawet zasadnicze? Ten płomyk da nam nowe życie, zrodzi nowy stosunek do wszystkich wyobrażeń intelektu; przepali, spopieli samą jego zdolność tworzenia złud. Owa skłonność intelektu do snucia ułud nie da się zniweczyć przez doświadczenia, gdyż one same wytwarzają ułudy. Tylko pełne zrozumie całego procesu narastających, gromadzonych przeżyć i doświadczeń daje wolność.

Czyż nie jest więc ważne by przestać pragnąc i szukać ulgi i zadowolenia, by nie starać się o uśmierzenie wewnętrznego głodu jakąś wiecznotrwałą niebieską manną? Nigdy o nią nie prosić; bo za każdą prośbą idzie jej spełnienie, ale to co przychodzi w odpowiedzi zmienia się wkrótce w garść popiołu. Może jest stokroć ważniejsze mieć tę zdolność niezadowolenia - nie jest to właściwie odpowiednie słowo - mieć ten wewnętrzny głód, nie dający się łatwo zaspokoić, a nawet wcale tego zaspokojenia nie pragnąć; nie gonić za żadna formą powierzchniowej radości czy rozkoszy; czyli być wciąż w stanie wewnętrznej rewolucyjności; nie wątpienia - na wątpienie nie ma wówczas miejsca - ale badania, zgłębiania, dociekania. Umył będący w tym stanie nie może być zamknięty ograniczeniem, gdyż ani na chwilę nie spoczywa, nigdzie nie zarzuca kotwicy i nic nie nazywa "swoim".

Taki właśnie powinien być nasz stan. Ale z chwilą gdy zadajemy pytanie "co zrobić aby takim był?" metoda staje się znów ograniczającym czynnikiem. Lecz jeśli możemy ujrzeć że tak istotnie jest, że to prawda, poczuć ją wewnętrznie, głęboko - a nie tylko uznać powierzchownie, intelektualnie - wówczas dokonuje się w nas nieświadoma, istotna przemiana, l nie szukamy już zadowolenia, właściwie nie możemy jut być nigdy zaspokojeni; samo myślenie i czucie w tych kategoriach znika. Toteż nie wpadamy więcej w rozpacze, ani przygnębienia, nie unosimy się nadzieją; nastroje te nie mogą już niewolić naszej psychiki, bo porusza się ona w zgoła innej płaszczyźnie.

Czy więc jest możliwe, dla nas - nie geniuszy, a zwykłych, przeciętnych, zmagających się ludzi - pozbyć się tej żądzy zadowolenia? Bo od chwili gdy czujemy się zaspokojeni, przestajemy być twórczy. A twórczość to nie tylko pisanie wierszy czy malowanie obrazów, nie o tej twórczości mówię. Nie mam na myśli projekcji intelektu, które nazywa rzeczywistością, mówię o istotnej rzeczywistości, o prawdzie, która się objawia gdy jesteśmy zdolni ja przyjąć, a tylko to jest prawdziwą twórczością.

Czyż więc nie trzeba być w stanie ciągłej wewnętrznej rewolucyjności? Nic nie zdobywać, nic nie gromadzić, nigdzie nie zarzucać kotwicy, nigdzie nie szukać bezpiecznego schronienia; być ciągle w stanie takiego wewnętrznego napięcia, iż żadne doznanie nie może nas wzbogacić. Bo w chwili gdy czujemy się wzbogaceni, ów stan intensywności ustaje, a wraz z nim znika twórczość.

Czy umysł nasz, który wciąż szuka jakiejś strawy by zaspokoić głód i posiąść zadowolenie, mógłby poznać stan bez-chęci i nie-zdobywania, stan który jest poza czasem; a więc i przestać wysilać się i walczyć? By wszedł w wielka ciszę? Bo w tej ciszy może zaistnieć to, co jest poza-czasowe, twórcze, rzeczywiste.

Pytanie: Sen jest potrzebny dla normalnego działania fizycznego organizmu, jaka jest poza tym jego funkcja?

Krishnamurti: Nie wchodząc w różne mistyczne a nonsensowne interpretacje snu i tego co we śnie zachodzi - znamy wszyscy te różne fantastyczne interpretacje - czy nie moglibyśmy zbadać co naprawdę ma miejsce, odkryć prawdę tego zjawiska, nie zatrzymując się nad tym co byśmy chcieli w nim widzieć.

Faktem jest iż coś się podczas snu dzieje. Nierzadko rozwiązują się problemy, robią odkrycia. Czasem całymi dniami możemy myśleć o jakimś zagadnieniu, a nagle we śnie przychodzi jego rozwiązanie.

Tak, sen jest konieczny, nie tylko dla naszego fizycznego ale i dla psychicznego organizmu. Podczas snu nasza zwykła, codzienna osobowość - ta co idzie do biura, pracuje w kuchni, kłóci się i dokucza innym, i wciąż się zajmuje głupimi, błahymi sprawami - co sąsiad powiedział, co dzieje się wśród znajomych itp. - nie odzywa się, nasz świadomy, aktywny milczy. Ale jest on tylko częścią naszej psychiki; reszta, o wiele głębsza, działa nadal i nigdy nie usypia.

Możemy się o tym przekonać gdy, - jak to się często zdarza - mamy jakaś ważna kwestię do rozstrzygnięcia, jakieś niepokojące zagadnienie, głęboki ból, czy poważna troskę, gdy jakiś zasadniczy problem nas dręczy, skupiając przez szereg dni cała uwagę i wysiłek naszej świadomości, a pomimo to nie znajdujemy żadnej odpowiedzi; a podczas snu, ta głębsza część naszej psychiki, która nie usypia, bada i szuka dalej rozwiązania. A że może teraz badać bez wtrącania się powierzchownych myśli, którymi jesteśmy w dzień pochłonięci, jest w swych dociekaniach o wiele swobodniejsza. Dlatego to budzimy się nieraz z niespodziewanym odkryciem: "na Boga, otóż i odpowiedź!"; albo też z nową ideą, czy wrażeniem, lub nowym ujęciem jakiejś sprawy. Zrodziły się one gdy powierzchniowa myśl ucichła.

Każdemu z nas zdarzało się zapewne zastanawiać się nad jakąś kwestią, rozpatrywać ja wszechstronnie, omawiać z innymi, wciąż bezskutecznie, nie widząc rozwiązania; aż gdy dajemy już za wygraną, nagle rano budzimy się z gotową i słuszną odpowiedzią. Czyż nie dlatego że podczas snu powierzchowna myśl nie wtrącała się i nie przeszkadzała?

Więc sen jest istotnie ważny. Większość z nas żyje tyko powierzchnią psychiki i nigdy nie sięga w jej głębokie pokłady. Może czasem, właśnie przez sny, dają o sobie znać jakimś lekkim napomknieniem; ale to, interpretowane przez płytki i małostkowy intelekt traci swą wartość; w tym procesie tłumaczenia, to, co mogło być cenne, staje się banalne i puste.

Toteż zarówno sen jest potrzebny, jak i obudzona, czujna świadomość za dnia, nieprawdaż? Czy nie moglibyśmy więc być tak żywi i czujni w dzień, aby nie stawać się niewolnikami powierzchownych myśli, a zdawać sobie sprawę z całości naszych wewnętrznych procesów, z różnych warstw i pokładów świadomości, a nie tylko żyć na jakiejś jednej płaszczyźnie, którą wybraliśmy, na której zatrzymaliśmy się mówiąc: "to jest najlepszy stan, w nim będę trwał." A może by się dało i za dnia być świadomym nie tylko jednej warstewki, jednego segmentu naszej psychiki, ale jej wielkiej całości, ogarniającej i głębsze pokłady, które tak znamiennie odsłaniają się nam podczas snu?

A więc nie tyle jest ważne pytać co dzieje się we śnie i interpretować sny w całej ich złożoności, ile bacznie obserwować podczas dnia całość myślowych procesów tak aby sen stawał się dalszym ciągiem i głębszym odkrywaniem tego, co się w nas dzieje; bo istotnie może nam przynieść wiele napomknień i podszeptów, których świadomy umysł sam nie może uchwycić. Ale dopóki mamy w nim płytkiego tłumacza, cenzora i sędziego, który określa, sądzi, potępia, całokształtu procesów naszej psychiki nie zrozumiemy. Nie ma bowiem w nas istoty oddzielnej, która by mogła patrzeć ze strony na cały psychiczny świat i interpretować różne podszepty przychodzące podczas snu. Nie może część świadomości, która obserwuje i interpretuje, zrozumieć całości jej procesów. Dlatego to spokój myśli jest tak potrzebny, zupełna cisza, w której nie ma żadnych osądów; ocen, potępień. Wówczas cała psychika przejawia się w każdym czynie, ruchu, słowie. Toteż świadomość za dnia jest ważna, jak i ta druga podczas snu; gdy obie działają równomiernie odkrywają się nam nowe głębie naszego wewnętrznego świata.

Pytanie: Umarł mój syn. Jak mam przyjąć ten ból?

Krishnamurti: A jak zwykle przyjmujemy ból? Czy przyjmujemy go w ogóle kiedykolwiek? Nic wiemy nigdy czym jest istotny ból, bo staramy się zawsze odeń ujść, uciec. Znamy tylko tę ucieczkę. Jeśli zdołam przyjąć nagi fakt śmierci twarzą w twarz, sam ten fakt coś we mnie dokona. Nie mogę go zmienić. Jest nieubłagany i prosty. A jednak wciąż usiłuję coś z nim "zrobić" i samo pragnienie by go określić, wytłumaczyć, wyrazić, odwraca moją uwagę, staje się ucieczką.

Spójrzmy uważnie co się zazwyczaj dzieje. Syn mój umarł; a mnie pochłania ból. Cierpienie, lęk, trwoga, wypełniają moją istotę. I myśl szuka wyjścia, ulgi, pociechy. Naturalną, nie rozumowaną, a bezpośrednią reakcją jest: "pragnę ukojenia tego bólu, zniweczenia trwogi i samotności". Więc szukam. I zwracam się do religii, do spirytystycznego seansu, czy teorii o reinkarnacji, albo rzucam się w racjonalistyczne, logiczne rozumowania, czy też rozważania na temat śmierci; wciąż spodziewając się znaleźć jakaś ulgę i pewność. Czyli moja myśl nieustannie gorączkowo działa; wciąż krąży wokół tego faktu. Fakt jest prosty i niecofniony: syn mój umarł. A ja nie, zdołam spojrzeć tej prawdzie w oczy. Więc myśl intensywnie pracuje i szuka wyjścia, nadziei, symbolów, pewności, w czymkolwiek bądź.

Toteż właściwie nigdy nie przyjmuję bólu wprost.

Samo pytanie: "jak mam przyjąć ten ból?" wykazuje zajęcie się troską nie o "przyjęcie bólu," a: "co z nim zrobić" tj. jaki stosunek doń znaleźć, jaką przyjąć postawę, jaka wartością go mierzyć. Innymi słowy nie chodzi o "przyjęcie bólu", a o znalezienie przed nim ochrony. Jeśli wierzę w reinkarnację, więc w możliwość spotkania mego syna w następnym życiu, nie spotykam bólu w całej jego nagości. Podobnie gdy uciekam się do seansów, gdy rzucam się w społeczną, czy jakąkolwiek inną pracę, lub staram się zagłuszyć tysiącznymi sposoby. Jest to wciąż ta sama od bólu ucieczka. Robimy to ciągle, wszyscy.

Jeśli chcę przyjąć ból, myśl nie powinna uchodzić od prawdy faktu - co nie znaczy pogodzenia się z nim. Fakt pozostaje faktem, nie mam co zgadzać się z nim lub nie, on jest. Jeśli staram się o wewnętrzną postawę "pogodzenia się", tedy stwarzam znów przeszkodę w jego prostym przyjęciu.

Więc myśl szuka nieustannie dróg i sposobów by uchylić się, by prosto przed faktem bólu nie stanąć i nie spojrzeć mu w twarz. A przecie można zrozumieć ból tylko gdy się go przyjmie prosto i całkowicie. Może się to stać tylko w ciszy, gdy myśl nic nie określa, nie tłumaczy, nie szuka żadnych wyjaśnień, teorii, nadziei.

Gdy myśl zawisa w zupełnej ciszy, gdy "staje" w spokoju, nie dlatego że chce pojąć dany fakt, a dlatego że zna swój własny bieg, wówczas możemy przyjąć to olbrzymie, potężne doznanie jakim jest śmierć. Ową "nie-znaność," to uczucie zupełnego nie-wiedzenia czym zjawisko śmierci w istocie jest, pomimo niezliczonej ilości książek jakie o niej napisano.

Tylko gdy myśl jest najcichsza, wstrzymana w zupełnym spokoju, mogę ogarnąć ten nagi takt: oto jest ból i nie ma dlań tłumaczenia.

W tym stanie, gdy myśl cicha staje przed faktem śmierci w milczeniu, dzieje się co przedziwnego. (Słowa te nie są żadną obietnicą, więc nie starajcie się moi słuchacze o ciszę myśli.) Gdy myśl nie szuka żadnego wyjścia, gdy nie opiera się o żadne wierzenia, nie chroni się w żadną nadzieję, gdy milczy w niezmiernej ciszy, wówczas przyjmuję ból.

A w tym stanie ból przestaje być bólem.