Jiddu KRISHNAMURTI
PRZEMIANA CZŁOWIEKA

I

Zdaje się iż jednym z najbardziej palących zagadnień w chaosie dzisiejszego świata jest pytanie - "co robić?"

W Azji jest głód. Światu grozi wojna. Widzimy niezwykły postęp nauki, a niedorozwój w dziedzinie moralnej, pomimo naszych chęci by i w niej temu postępowi dorównać. Wśród całego zamieszania jakie nas otacza, najtrudniej, choćby intelektualnie zrozumieć - co robić, jak myśleć, jak postępować. Bo choć oglądamy się jeszcze wciąż na przywódców, ludzi nauki czy intelektualnej filozofii, zdaje się jednak iż utraciliśmy zaufanie do wszystkich filozofów, wychowawców i uczonych. Im więcej obserwujemy co się wokół nas dzieje, tym jaśniej widzimy iż jeszcze większy chaos się zbliża. Możemy zrealizować dobrobyt państwowy, nie przyniesie to jednak rozwiązania, gdyż sami jesteśmy wewnętrznie ubodzy. Możemy mieć wszystkie zewnętrzne warunki składające się na wygodne życie - odzież, żywność i dom - ale w sobie czujemy wciąż pustkę, niepewność i chaos. Nie jesteśmy wcale radośni, raczej straceni wśród ogromnej ilości zagadnień i pełni niepokoju; nie wiemy gdzie szukać wyjścia, gdzie się zwrócić by znaleźć szczęście i to poczucie istoty i treści życia, które me zależy od żadnej religii, żadnej filozofii.

Widząc to wszystko czy nie należałoby zdać sobie sprawy co właściwie nazywamy życiem etycznym, moralnością i czy może ona iść równolegle z postępem; oraz czy można ją świadomie, wedle z góry ułożonego planu rozwijać, tak, aby sprostała temu niezwykłemu postępowi jaki ludzkość czyni w innych dziedzinach. Spytajmy siebie czy wewnętrzny postęp jest w ogóle możliwy? I czy człowiek nie mógłby być szczęśliwy nie podejmując wcale takiego świadomego, umyślnego wysiłku ku moralności? Czy można moralność uprawiać? A gdy się ją świadomie rozwija, czy prowadzi to do swobody, szczęścia i wewnętrznej twórczości? A może moralność jest czymś co się w ogóle nie da się kultywować, co jest przemianą wewnętrzną nagłą i nieświadomą?

Możemy wprawdzie uprawiać cnotę, rozwijać w sobie współczucie i miłość, ale czy taki intelektualnie postanowiony, świadomie podjęty wysiłek by stać się czymś - dobrym, szlachetnym, kochającym - może nam przynieść samorzutną, nieświadomą wolność od wszelkich przymusów i nakazów jakie współczesne społeczeństwo i nasze własne ograniczenia ciągle nam narzucają? Czyż nie jest więc ważne abyśmy zbadali czy takie nieustanne zmagania się i wysiłek ku coraz większemu rozwojowi intelektu może nam pomóc w rozwiązaniu choćby jednego z naszych palących problemów? Czy nie istnieje przypadkiem zgoła inne do tych spraw podejście? Gdy przyjmę świadomie jakiś plan działania i ułożę wedle niego swe życie, gdy go przemyślę i intelektualnie zanalizuję, a potem wprowadzę w czyn, oczywiste jest iż osiągnę pewne rezultaty, ale czy dadzą mi one to poczucie swobody, to napięcie twórcze, które jest istotą prawdziwego doznania? A może owa twórczość i swoboda przychodzą zgoła inaczej, może się je osiąga innymi drogami?

Może byśmy zatrzymali się nieco nad tym zagadnieniem, starając się zbadać czy umyślnie podjęte procesy kultury myśli i różne narzucone sobie z góry metody, mogą nam pomóc do przekroczenia intelektu? Wszak w rozwoju umysłowym zaszliśmy bardzo daleko, ilość zdobytych intelektualnych wiadomości jest ogromna; ale wewnętrznie nie ma w nas pełni ani bogactwa, jesteśmy ubodzy, a w naszym psychicznym "dobrobycie" wciąż od innych zależni. Czai się w nas lęk, szarpie niepokój, dręczy poczucie niewoli, spętania. Czy da się przełamać cały ten intelektualizm i wyrwać się zeń przez kultywowanie jakiejś jednej, a choćby wielu, cnót? Czyż może intelekt oswobodzić nas od naszych własnych więzów, czy może uwolnić od lęku lub zbudzić w nas moc współczucia? A jednak wciąż tak sobie poczynamy jakby mógł to uczynić. Czyż naprawdę może?

Choćbyśmy mieli Państwo zabezpieczające dobrobyt obywateli, gdzie wszystko byłoby za nas przewidziane i ułożone, będziemy zawsze odczuwać brak kochania, głód miłości i ten dojmujący strach, co się kryje na dnie duszy każdego z nas. Czując go staramy mu się przeciwstawić, szukamy intelektualnie różnych sposobów obrony - wprost zaprzeczając jego istnieniu, lub rozpatrując go i jak najstaranniej analizując, ale zawsze myślą, intelektem. A czyż intelekt może zniweczyć to, co sam stworzył?

Staramy się uprawiać cnoty i etykę aby dotrzymać kroku postępowi jaki czynimy w innych dziedzinach; ale czy takie intelektualne kultywowanie moralności przyniesie człowiekowi dobro i szczęście?

Czy to właśnie nie jest dziś jednym z głównych naszych zagadnień? W nauce świat czyni niebywałe postępy, więc mówimy sobie "trzeba też koniecznie dbać o postęp moralny". Ale im bardziej staramy się uprawiać cnotę, tym większy napotykamy opór, i opór ten daje nam poczucie "siebie", swego "ja". Czyż tak nie jest? Gdy świadomie, umyślnie kultywuję pokorę lub nieustraszoność, czyż przez to jestem naprawdę pokorny i wolny od strachu? A gdy usiłuję względem nikogo nie używać przymusu, czy już przez to samo staję się łagodny i kochający? A może cnota jest czymś co się nie daje w ogóle kultywować? Człowiek który uważa siebie za etycznego, na pewno nim nie jest. A jednak moralność musi istnieć; musi istnieć taki stan moralnej tężyzny, nieświadomego wewnętrznego zdrowia, który nie jest wynikiem intelektualnego uprawiania cnoty.

Nie wiem czy wyrażam się dość jasno. Wydaje mi się iż to zagadnienie jest w naszych czasach jednym z najdonioślejszych, gdyż oczywistym się staje że aby dorównać i zrównoważyć postęp nauki, człowiek musi uwolnić się od swego ciasnego "ja". Jeśli nie zdoła tego uczynić sprowadzi na siebie coraz większe nieszczęścia i klęski. A czy można uwolnić się od swego "ja" przez uprawianie jakiejś cnoty? Wszak wszystkie religie zalecały zawsze swym wyznawcom wyrabianie cnót, ale owa umyślna, z góry postanowiona kultura rozwijała intelekt, ale nie cnoty. Im bardziej świadomie uważam się za cnotliwego, tym mniej nim jestem. Ą przecie każda działalność ludzi religijnych, czy też reformatorów usiłujących znaleźć rozstrzygnięcie palących problemów, w dzisiejszym przełomowym okresie historii świata, opiera się na takim świadomym wysiłku ku wyrabianiu w sobie cnót i moralności. Jest to wciąż własnowolnie podejmowane usiłowanie. A ja zapytuję czy taki umyślny wysiłek może stworzyć istotną etykę i sprowadzić zdrowie moralne, a przez to sprostać postępowi wiedzy?

Czy istotna, rewolucyjna przemiana może zależeć od intelektu, czy nie dokonuje się ona w jakiejś innej dziedzinie? Wszelka z góry uplanowana rewolucja - ekonomiczna, społeczna, czy jakakolwiek inna - należy zawsze do sfery intelektu, a ten nigdy nie jest w stanie dokonać przemiany zasadniczej, dogłębnej, może tylko tworzyć ciągłość, przedłużając z pewnymi odmianami to, co już istniało, a to nie jest prawdziwa rewolucja. Zmiany ekonomiczne, intelektualnie przemyślane i uplanowane, nie są przemianą istotną, obejmującą całokształt życia i dobrobytu człowieka, są to jeno zmiany na pewnym wąskim odcinku życia. Ą jeśli chcemy pełnej i całkowitej przemiany człowieka, a nie rozwoju jakiejś jednej jego cechy, na jednej płaszczyźnie życia, czy nie powinno nam chodzić nie tylko o zmianę powierzchniowej warstwy jego psychiki, ale o stokroć głębszą, obejmującą jej całość?

A czyż umysł nasz, ten świadomy intelekt jest w stanie sięgnąć w głąb, zanalizować całość naszej nieświadomej psychiki i wywołać w niej przez to tak zasadniczą przemianę? A przecie jest jasne i oczywiste że wewnętrzna przemiana nas samych - podstawowa, dogłębna - jest dziś nieodzowną koniecznością. Tej intelekt nie sprowadzi nigdy. To całkowite przeistoczenie dokonać się może tylko tam, gdzie jest bezpośrednie doznanie Boga, prawdy czy też rzeczywistego, nazwijmy to jak chcemy. Umysłowość, intelekt, nigdy nie może tego doświadczyć; żadnym, choćby największym wysiłkiem, nie jest w stanie poznać prawdy. A każde wierzenie, doktryna, teoria, czy też uprawianie moralności, należą do dziedziny intelektu, do powierzchniowych warstw naszej psychiki. A jednak wciąż usiłujemy doświadczać i pochwycić intelektem to, co jest dlań niedosięgalne, co jest całkowicie poza i ponad nim.

Czy można odkryć Boga, prawdę, rzeczywiste myślą, poznać intelektem? Czy nie musi to być przeżyte do dna, całą naszą istotą, nie tylko jej świadomą, powierzchowną cząstką, ale i całą głębią nieświadomej - gdy wszelka myśl ucicha i nic już w nas nie szuka, nie walczy, nie goni za jakimś rezultatem, ani też usiłuje wznieść się ponad siebie. Sadzę iż niezmiernie ważnym jest byśmy to zrozumieli. Wszystkie nasze wysiłki skupiają się dotąd w dziedzinie intelektu, jest on bowiem jedynym narzędziem jakie posiadamy, rozwijanym przez wiele pokoleń. I tym intelektem chcemy znaleźć rzeczywiste, prawdę, Boga, spodziewając się iż to nam da szczęście, cnotę i dobro wewnętrzne. Czyż naprawdę sadzimy iż można to znaleźć intelektem? A przecie bez sięgnięcia w to rzeczywiste, wszystko co będziemy robić, wszelki, choćby największy postęp techniczny, wytworzy tylko coraz większy chaos, sprowadzi coraz większe cierpienia, wojny, walki, konflikty. Bez poznania prawdy, cały nasz postęp nie ma żadnej wartości.

Jakże więc można odkryć ten nowy stan? Jak obudzić się ku tej rzeczywistości, ku tej istotnej, najgłębszej twórczości, która nie jest tylko formalnym wyrazem, ani też mitem, legendą, czy fantazją? Znaleźć ją musimy. Nie ma innego wyjścia. Ale nie intelektem. Intelekt nasz jest tworem czasu, pamięci i różnych reakcji - jest lamusem wiedzy przeszłości. Intelekt sam jest przeszłością. Sama jego natura jest urabiana przez czas, poprzez wieki. A my wszak chcemy znaleźć coś, co jest poza czasem, czego nie można nazwać, ani zamknąć w słowa, czego nigdy nie ujmie żadne określenie. Bez odkrycia tego jednego, całe życie ma tak mały sens; jest tylko nieskończonym szeregiem zmagań się, walk, smutków i udręki, nieustających niepokojów i trosk. Jakże więc mamy odkryć to rzeczywiste?

Czy stan ten nie odsłania się nam - a raczej czy nie nastaje - gdy wielka cisza ogarnia całą naszą istotę? Gdyż o nic wówczas nie proszę, niczego nie pragnę, nie jestem cnotliwy ani niecnotliwy; nie myślę o własnym postępie, wzroście, ani osiągnięciach, nic nie zdobywam, ani się spodziewam; znika również ambicja by nowy ład zaprowadzić na świecie. Ów ład może nastać gdy znajdę rzeczywiste i prawdę; ona sama - bez żadnego z mej strony wysiłku - sprowadzi porządek i ład. Czy nie jest więc ważne by przede wszystkim poznać i zrozumieć siebie, wszystkie drogi i wyżłobione koleiny własnych myśli? Bo takie rozumienie sprowadza ów stan ciszy; w której dokonuje się nieświadome przeistoczenie; przemiana, w której nasze "ja" przestaje być ważne. Gdy widzę wszystko to jasno, intelekt uspokaja się, myśl ucicha, i nie rzuca się już w poszukiwaniu czegoś, nie żąda, nie wysila się aby się czymś stać. l w tym spokoju, w tej wielkiej ciszy, objawia się Rzeczywiste. Nic jest to fantazja, ani jakiś wschodni mistycyzm. Bez poznania tej prawdy, cokolwiek będziemy robić nie zdołamy odwrócić coraz gorszych wojen, katastrof i zniszczeń, bez tego człowiek zawsze powstanie przeciw człowiekowi.

Sadzę iż rzeczywistość ta nie może objawić się tam, gdzie nie ma samo-poznania, tj. poznawania i odkrywania siebie ciągle, w każdej chwili, przez obserwowanie siebie w zwierciadle stosunku naszego do ludzi i wszystkiego co nas otacza. Tylko to może nam pomóc pozbyć się wszystkich co do siebie złudzeń i uchronić myśl od snucia fantazji, w które później sama się chroni. Gdy wyrywamy się z sieci różnych pojęć i wierzeń, poczynamy rozumieć "to, co jest", tzn. - "to, co jest" w stosunku naszym do innych. l tak przez nieustanne zdawanie sobie sprawy z naszego "ja" w działaniu, odkrywamy drogi i chwyty własnego intelektu; a jest to księga której nie sposób odczytać od razu. Człowiek który mówi "muszę ją zaraz odczytać i w pełni zrozumieć", nie zrozumie siebie nigdy. Jest to księga, którą trzeba odczytywać ciągłe, od chwili do chwili; ale nie należy tego co się odczytało gromadzić jako wiedzę, gdyż taka wiedza jeno przeszkadza w doznaniu prawdy; wiedza jest nagromadzeniem wspomnień, pamięcią, należy do dziedziny czasu, do tzw. postępu. A prawda i rzeczywiste jest poza czasem, nie można tego uskładać, ani nagromadzić ku użytkowi. Jawi się gdy myśl jest najcichsza; ale ciszy takiej nie przywołają żadne metody ani ćwiczenia, rodzi się ona sama, z wszechstronnego rozumienia naszego "ja", dróg i działania naszej myśli, przez jasne zdawanie sobie sprawy ze stosunku naszego do ludzi i całego świata wokoło.

Więc żadna metoda, żadna kultura cnót nie zbliży nas do prawdy, do rzeczywistego; wyrabianie cnót staje się tylko zawadą, przeszkodą; a bez doznania prawdy wszelkie zagadnienia i węzły jakie życie wokół nas stwarza będą się nieustannie powtarzać. Myśl uspakaja się gdy poczynamy rozumieć siebie, i tylko w tym spokoju, w tej zupełnej ciszy całej naszej istoty, może objawić się owa rzeczywistość i prawda.

Przysłano mi kilka pytań, postaram się na nie odpowiedzieć, wpierw jednak chciałbym wyjaśnić parę punktów. Jeśli ktokolwiek z moich słuchaczy spodziewa się odpowiedzi która zagadnienie rozwiąże, czeka go zawód; gdyż sam problem jest ważniejszy aniżeli możliwa odpowiedź; nasze podejście do zagadnienia jest bardziej pouczające aniżeli szukanie jego rozstrzygnięcia. Jeśli wiemy jak podejść i ująć dany problem właściwie, przekonamy się iż w nim samym a nie poza nim, kryje się jego rozwiązanie. Ale tacy jesteśmy niecierpliwi, tak nam chodzi zazwyczaj by od razu znaleźć odpowiedź i środki zaradcze, tak chcemy by nam powiedziano co mamy robić, iż nigdy nie badamy dostatecznie samego problemu.

I jeszcze jedno: jest niemiernie ważne umieć słuchać. Słuchamy rzadko; tyle w nas własnych myśli się tłoczy i tyle kryje sprzeciwów i przesądów; lub też tacy jesteśmy oczytani i obarczeni wiadomościami, doświadczeniem i wiedzą własną, oraz innych ludzi, iż wszystko to przeszkadza nam wsłuchiwać się prawdziwie, nie tylko w to co mówi dany mówca, ale w ogóle we wszystko co nas otacza. A im wsłuchanie się jest głębsze, tym bardziej wzrasta nasze rozumienie. Ale słuchać nie jest łatwo. Aby móc prawdziwie słuchać musi w nas panować spokój, nie skoncentrowanie gdyż to jest zawsze procesem coś wykluczającym z pola naszej uwagi. Ale gdy słuchamy czegoś, gorąco chcąc to zrozumieć i ogarnąć, wówczas istotnie możemy odkrywać rzeczy nowe, bo nie ma w nas w tej chwili żadnej zapory, ani psychicznych żądań i własnych projekcji, bo jesteśmy otwarci i cisi.

Czyż nie jest więc rzeczą doniosłą umieć słuchać - nie tylko mnie - to może nie być tak ważne - ale wszystkiego, przyjaciela, własnej żony, lub dzieci, a nawet polityków, tak aby z samego tego procesu słuchania powstawała ufna pewność, która nie jest przejawem naszego codziennego "ja". Większość z nas nie posiada w ogóle żadnej pewności, przeto staramy się ją wyrabiać, a tym samym zmienia się ona w egocentryczną pewność siebie, swego "ja" i zamyka nas w jego kręgu.

Gdy umiem się wsłuchać, nie tylko we wszystko wokół, ale i we własne wewnętrzne impulsy, żądania, napory, wsłuchać się uważnie, a bez wyjaśnień ani nadawania im specjalnych interpretacji, wówczas poczynam rozumieć "to, co jest". Teraz przejdę do odpowiedzi na pytania:

Pytanie: Jeśli człowiek należy do Państwa zapewniającego mu wszelki dobrobyt, jaki ma cel uczęszczanie na takie jak dzisiejsze zebrania?

Krishnamurti: Istotnie wszelkie nasze fizyczne potrzeby mogą być zaspokojone przez Państwo. Ale cóż z tego? Czy nie warto zbadać dlaczego człowiek tak uparcie goni za Utopią w tym fizycznym świecie i w nim chce znaleźć zbawienie? Chcemy mieć świetnie zorganizowane społeczeństwo, pragniemy widzieć doskonałego człowieka i doskonałe Państwo, i zatracamy się w tych projektach i planowaniach, zapominając o całokształcie procesów jakim jest człowiek. Wszak człowiek to nie tylko ta zewnętrzna, fizyczna istota; a gdzież jego wewnętrzny, psychiczny świat? Te ogromne opory, lęki, sprzeciwy, troski i zahamowania? Jeśli będziemy brali pod uwagę tylko jedną część wielkiej całości jaką jest człowiek, pomijając i nie rozumiejąc wszystkich jego procesów, nie zapewnimy mu wszechstronnego dobrobytu i szczęścia. Czyż nie jest więc ważne by poznać i inne czynniki jego natury, głębokie, ukryte pokłady jego psychiki, a nie skupiać uwagi na fizycznym dobrobycie jedynie?

Nie chcę przez to bynajmniej powiedzieć aby ten ostatni należało zaniedbać, lub usunąć się gdzieś w samotnię, w klasztorne zacisze. Ale czyż nie powinniśmy wziąć pod uwagę całego człowieka, i wszystkich jego procesów? Jeśli będziemy kłaść nacisk tylko na postęp ku doskonałej Utopii, pomijając całą psychiczną głębię człowieka, ten jego ogromny świat - trudności, zmagań, pragnień, lęków - zagadnienie człowieka pozostanie nie rozwiązane.

Nie sądzę aby można było zrealizować Utopię bez zrozumienia całego świata człowieka. Religia - nie wyznania, ani zorganizowane rytuały itd. - ale prawdziwa religia, jest odkrywaniem pełnej, całkowitej istoty ludzkiej i wszystkich jej wewnętrznych procesów, a więc i tego co jest poza intelektem. Intelekt nie jest w stanie rozwiązać żadnego z naszych problemów, potrzeba nam wiec jakiegoś innego czynnika, a ten może zaistnieć tylko w wewnętrznej, dogłębnej przemianie.

Być może iż większość moich słuchaczy przyszła na to zebranie chcąc się przekonać czy istnieje dla jednostki jakakolwiek możliwość przekroczenia ograniczeń swego umysłu i wyjścia poza warunkujące go wpływy; aby to własnym przeżyciem odkryć. Ja sadzę że bez przeżycia prawdy i rzeczywistego samo ekonomiczne planowanie i wysiłki by stworzyć doskonałe Państwo, nie zaprowadza nas daleko. Myślę że zaczynamy od złego końca. Jeśli rozpoczniemy właściwie tj. od poznania prawdy, wówczas i tamto stanie się możliwe; wówczas doskonałe Państwo i doskonałe społeczeństwo stanie się osiągalne i będzie miało wartość. Ale zaczynać od usiłowań stworzenia doskonałej społeczności, pomijając prawdę i rzeczywiste, prowadzi tylko do dalszego chaosu, wraz z obozami koncentracyjnymi i likwidowaniem tych z którymi się nie zgadzamy, czyli do nie kończących się nigdy walk pomiędzy ludźmi. Ale rozumiejąc cały proces naszych zależności i ograniczeń, widząc jakim sposobem umysł im podlega - a jakiekolwiek byłyby jego działania i projekcje, intelekt będzie zawsze uwarunkowany - rozumiejąc to, może zdołamy go przekroczyć. Być może po to właśnie niektórzy z moich słuchaczy znaleźli się tutaj.

Pytanie: Obserwuję moje myśli i uczucia, ale nie widzę aby mnie to prowadziło naprzód; wciąż wpadam z powrotem w stare koleiny, w rutynę myśli powierzchownych i rozbiegających się. Więc co mam robić?

Krishnamurti: Mały, ciasny umysł, obserwujący myśli i odczucia pozostaje wciąż w obrębie swoich ograniczeń, nieprawdaż? Jeśli umysłowość moja jest płytka, powierzchowna i małostkowa, mogę obserwować moje myśli, ad infinitum i oczywiście do niczego mnie to nie doprowadzi; bo tenże ciasny intelekt spodziewa się zawsze jakichś skutków, a więc patrzy i obserwuje chcąc pewnych określonych rezultatów; a że jest płytki i drobnostkowy więc i wszystko co pomyśli będzie płytkie i małe, - wszystkie moje wiary i bogi, działania i sprzeciwy, metody i reguły, będą wciąż ciasne, małe, powierzchowne, uwarunkowane moimi własnymi ograniczeniami. Toteż istotnym zagadnieniem nie jest: "jak obserwować nasze myśli" ale - "czy jest w ogóle możliwe aby intelekt, przy całej swej ciasnocie i płytkości, zdołał sam siebie przekroczyć".

Samo obserwowanie myśli i odczuć nic ciasnemu umysłowi nie pomoże; obserwuję myśli chcąc je zmienić, czucia aby je przetworzyć ; ale istota obserwująca, która chciałaby je przerabiać, sama jest ich wytworem, nie jest czymś od nich różnym i odrębnym. Wprost bez tych uczuć i myśli nie miałaby własnego istnienia. Wszak jestem tworem moich myśli, uczuć, przeżyć, doświadczeń, zależności itp., sam jestem tym wszystkim. I oto jedna cząstka mnie mówi: "będę obserwować różne moje myśli i uczucia i starać się je zmienić, będę usiłować sprowadzić przemianę". Ale to "ja", które chce coś z tymi myślami "zrobić" znajduje się samo w obrębie i w polu tychże myśli, czyli umysł, ta część mnie która się oddziela jako coś wyższego, i stara się opanowywać i nadawać kierunek myślom i uczuciom, sama stanowi ich nieodłączną część.

Proszę postarać się przemyśleć te kwestię teraz, tu, razem ze mną. Czyż jestem czymś odrębnym od moich myśli i uczuć? Wszak one to "ja". Jestem ich wypadkową; lęki, niepokoje, tęsknoty, zahamowania, zniechęcenia i niezliczone pragnienia i chęci - to "ja", jestem sam tym wszystkim. Więc gdy część mnie obserwuje te myślo-czucia i chce im nadawać pewien kierunek, oczywiście nie doprowadza to do niczego. Wprawdzie mogę je nieco przerobić i zmodyfikować, ale istota która tę zmianę wprowadza pozostaje nadal mała i ciasna. Cóż więc mam robić? Bowiem widzę konieczność zasadniczej, dogłębnej przemiany w całym sposobie mojego, myślenia i czucia; chciałbym pozbyć się ambicji, strachu w jego rozlicznych odmianach i tylu innych czynników mej psychiki. Widzę jasno istotną tego konieczność. Ale cóż mam w takim razie zrobić? "Ja", które samo składa się z ambicji, lęków, zatorów, zahamowań i pragnień, to "ja", które jest tego wszystkiego nieodłączną częścią, starając się to przekroczyć, lub sięgnąć poza nie, stworzy tylko nowe powikłania i nowe zatory.

Jeśli jasno widzę tę prawdę iż cokolwiek będę robić w stosunku do mych zahamowań i zatorów - np. starać się być pogodnym i radosnym, lub coś zdobywać; czy też odwrotnie, pozbyć się chęci jakichkolwiek zdobyczy i osiągnięć - doprowadzi mnie to nieuchronnie do dalszych powikłań i zahamowań; jeśli istotnie ujrzę tę nagi prawdę, czyż nie uznam bezsensu borykania się z jakimkolwiek zahamowaniem? Gdyż widzę wówczas iż nie ma po co obserwować swych czucio-myśli; obserwowałem chcąc wprowadzić jakaś zmianę, chcąc opanować je i urobić na modłę pewnego wzoru myślenia i postępowania, ale gdy widzę że "ja" nie różni się od tych myśli i uczuć, pojmuję iż nie jest ono w stanie ich przetworzyć, może je tylko trochę zmodyfikować, ułożyć w nieco inny wzór, ale nie zdoła radykalnie, rewolucyjnie przemienić całego sposobu naszego myślenia. Takie przeistoczenie może się stać tylko wówczas gdy ,,ja" nie jest świadome żadnego wysiłku ku zmianie.

Postarajmy się to zrozumieć. Gdy chcemy zmienić jakąś myśl lub czucie, zazwyczaj robimy umyślny, świadomy w tym kierunku wysiłek; a przecie ta świadomość jest sama wytworem i wypadkową walk, tarć, zmagań się i cierpień, oraz chęci rezultatu. Jest to więc z góry uplanowanym działaniem naszego intelektu, naszego "ja" i pewnego określonego myślowego procesu. A to nie jest przeistoczeniem. Jest to tylko nieco zmienioną ciągłością pewnej myśli. Czyż nie widzimy konieczności i wagi przemiany dogłębnej, zasadniczej, sięgającej dna nieświadomego, przemiany która musi przyjść samorzutnie, bez żadnego z naszej strony wysiłku? Takie przeistoczenie może zaistnieć gdy zrozumiemy całokształt procesu naszego myślenia. Toteż rozmyślnie nie robię wówczas nic, pojmując iż każda świadoma z mej strony akcja może tylko zahamować je i utrudnić.

Zasadnicza, całkowita przemiana dokonuje się w nas bez udziału woli. Póki chcę działać w pewnym określonym kierunku, tylko wzmacniam i żywię swe "ja", które wciąż pragnie coś pozmieniać, coś zdobyć, osiągnąć jakiś rezultat. Zastanówmy się nad tym, a przekonamy się że póki chcemy zmienić jakieś przyzwyczajenie, lub sposób myślenia, albo nasz do kogoś stosunek, czy też uwolnić się np. od strachu, dopóki świadomie postanawiamy i umyślnie zabieramy się do jego przetworzenia, nie udaje się nam to nigdy. Ale jeśli potrafimy zdać sobie jasno sprawę z samego zjawiska strachu i jego procesu w nas, a potem dać mu spokój, więcej o nim nie myśleć, przekonamy się iż coś się w nas dokonuje w głębi, jakaś wielka a nieświadoma przemiana, w której strach znika.

Ale większości z nas przeszkadza nieustanny impuls do działania, do robienia czegoś, wprowadzania ciągle jakichś zmian; tymczasem intelekt nie jest w stanie nigdy sprowadzić zmiany istotnej i radykalnej. Może on tylko to samo nieco inaczej układać, czy kształtować; ale nie może nigdy uwolnić nas całkowicie od strachu, gdyż sam jest tegoż strachu wytworem. Ale jeśli się zrozumie całość tego procesu, jeśli teraz, od razu, w miarę słuchania, ujrzymy go jasno, przekonamy się iż zupełnie niezależnie od naszych świadomych wysiłków jakaś przemiana dokonuje się w głębi, która uwalnia naszą świadomą psychikę od lęku.

Świadomy intelekt nie może uwolnić nas od niczego; może coś przesuwać, przekładać, modyfikować, ale pomimo to strach wciąż pozostaje na dnie. Aby uwolnić się odeń radykalnie, trzeba jasno zdawać z niego sprawę, trzeba widzieć go w sobie, a potem odwrócić się niejako, zostawić go, bez żadnego osądu, ani wysiłku aby coś z nim "zrobić". Po prostu wiedzieć że w nas jest i trwać cicho, w zupełnym spokoju, a zasadnicza wewnętrzna przemiana dokona się sama i nie będzie w niej już miejsca na strach.